wtorek, 18 października 2011

Odeszła...

Tym razem się nie udało. Już nie było szans... Drugi wylew, porażenie... Pani, gdy wróciła z pracy i zobaczyła Sonię, szybciutko zawiozła Małego M. do A. i B. i zadzwoniła po Pana. Zawieźli Ją do lekarza. Wrócili sami... Smutni, zapłakani...
To już nie będzie ten sam dom, ta sama podłoga... Teraz tylko ja będę czekać, aż Pańcia z Małym M., a potem Pan wrócą z pracy. Wszystko będzie inaczej...
Sonia za TM. Wierzę, że już nie cierpi, że spotkała Namisia, że razem są szczęśliwi... 
A ja muszę się przyzwyczaić do swojej samotności... B.

piątek, 7 października 2011

Siła życia

A może to siła miłości? Przecież Sonia nie ma już chyba w sobie nic zdrowego... Mimo tych zaledwie 7 lat, które przecież ma, jej organizm, to organizm 13-letniego, schorowanego staruszka... A Ona dalej jest z nami, dalej walczy... W poniedziałek miała niewiele szans, ale po raz kolejny się nie poddała, wyszła na prostą... Wczoraj, ku wielkiej radości Pani i Pana zaczęła sama jeść.
Jej potrzeba gonienia za szyszkami jest tak wielka, że mimo kilkukrotnych upadków w drodze do choinki, sama doprasza się o zabawę. I biegnie, bokiem, bo bokiem, ale biegnie za każdą rzucaną coraz bliżej szyszką...
Niejeden człowiek już by się poddał. Ale nie Ona... Nie Sonia... B.

W poszukiwaniu...

szelek biodrowych i... wózka... Pan i Pani siedzieli wczoraj do późnej nocy przy komputerze i oglądali. A co? A psiaki na wózkach inwalidzkich!!! Sonia ma już tak słabe tylne łapki, przednie też zaczynają się rozjeżdżać, że zaczyna mieć problemy z chodzeniem po schodach. A ma ich do pokonania 8 (osiem) w dół, na dwór, a potem znów 8 (osiem) w górę, do domku... Tak więc szelki potrzebne "na gwałt" (czy jakoś tak...), a nawet szybciej... A wózek? Pan i Pańcia obejrzeli dziesiątki zdjęć i filmów, znaleźli nawet ONka takiego, jak Sonia, z tak samo przekrzywionym po wylewie pyszczkiem. I Pan powiedział, że ten wózek wygląda dokładnie tak, jak Pan go sobie wyobrażał. Co więcej - stwierdził, że spróbuje w najbliższym czasie sam taki zrobić... Pańcia mocno trzyma kciuki... Ja też... B.

poniedziałek, 3 października 2011

Sonia chora:(

Smutno trochę... Nawet mnie zbytnio nie nachodzą szaleństwa... Sonia chora... Od kilku dni jadła coraz mniej, aż w końcu przestała. Pańcia chciała z Nią jechać jutro na badania do weterynarza, ale gdy dzisiaj wróciła z pracy, bardzo się wystraszyła. Sonia dostała oczopląsu, skrętu główki i do tego nie mogła ustać, tylko ciągle wywracała się na lewą stronę. Do tego wymiotowała taką dziwną, żółtą mazią... Oj, aż się Pańcia popłakała. Nawet ja grzecznie odpuściłam dłuższy spacerek i zaraz po siusianiu spokojnie wróciłam do domku. A Pańcia Sonię wzięła na ręce, zaniosła do auta i pojechały. Długo Pańci nie było, a gdy wróciła, była sama. Aż usiadłam. Patrzyłam na Pańcię i patrzyłam, a moje oczy pytały: "gdzie jest Sonia?". Pańcia powiedziała, żebym się nie martwiła, że będzie dobrze, że Sonia musiała zostać u weterynarza, bo podają jej kroplówki i leki, ale wieczorkiem Pańcia przywiezie Ją spowrotem. No i w końcu przywiozła... Nadal rozchwianą, nie mogącą ustać i z oczopląsem. Do tego siusiającą pod siebie... Pańcia położyła Ją na dziecięcych podkładach, zabroniła Małemu M. się zbliżać i czekamy... Pani Doktor powiedziała, że gorzej już nie będzie, że powinno do jutra się poprawić, a jeśli nie, to jutro podadzą Sonii sterydy... A Ona przecież jest już tak "nasterydowana", że chyba więcej Jej nie potrzeba...
Pańcia wzięła na jutro urlop. Żeby być przy Sonii i na spokojnie, jeszcze rano, znowu odwiedzić weterynarza. Powiedzieli, że prawdopodobnie jest to silne zapalenie ucha środkowego (ponoć daje takie objawy), ale może to też być problem typowo neurologiczny (wylew...) i wtedy poprawa może być tylko chwilowa... Oj, ciężkie chwile przed nami... B.

piątek, 9 września 2011

Codzienności...

Oj, dawno tu nie zaglądałam. Ten czas leci strasznie szybko. Ale czy dzieje się coś ciekawego? Pan i Pani codziennie biegają do pracy, Mały M. do przedszkola. Więc sporą część dnia sobie z Sonią przesypiamy. Bo co tu robić, gdy Ich nie ma?
Skróciły mi się trochę spacerki i nie za bardzo mi się to podoba. Ale nie mogę narzekać, bo przecież nie wypada. Sonia porusza się z coraz większą trudnością, te tylne łapki dają jej ostatnio popalić. Zrobi kilkanaście kroków i musi się położyć. A że wychodzimy razem, i do tego na jednej smyczy, muszę się dostosować. Weterynarz zaproponował zakup Cortaflexu, ale miesięczna kuracja kosztuje ponad 160zł i Pańcia stwierdziła, że chwilowo nie mają skąd wziąć takich pieniążków... Może w drugiej połowie miesiąca...
Za to dzisiaj Pańcia wzięła Małego M. i mnie do A.B. Mają tam ogródek, więc poszalałam trochę z Pańcią:) I Pańcia wymyśliła, że jest to idealne miejsce na szkolenie. Planuje zacząć w przyszłym tygodniu. Może tym razem te plany dojdą w końcu do skutku... Bo nie pamiętam, czy już się chwaliłam, ale na komendę już siadam i podaję łapkę:)
Urosłam:) Jestem ciut wyższa od Sonii:) Ale głupiutka wciąż jestem i tylko szaleństwa mi w głowie:) Nauczyłam się nie reagować na warczenie i kąsanie Sonii, próbuję wtedy ją udobruchać i albo wylizuję jej pysiorę, albo kładę się na grzbiecie łapami do góry i całkowicie poddaję. Wydaje mi się, że te Jej ataki złości wynikają ze strachu. Albo bardziej jest to ostrzeżenie, takie na wszelki wypadek, obrona swojego miejsca. Bo przecież z racji obolałych stawów ma kłopoty z szybkim poruszaniem się i musi wcześniej wysyłać sygnały typu "moje miejsce" czy "jeszcze mam siłę się bronić". A ja przecież nic złego nie chcę jej zrobić... Nawet czasem przyniosę Jej piłeczkę i położę przy pysku. Pańcia się wtedy śmieje i mówi "dobra psiura":) Więc chyba dobrze robię?
Nadal nie ufam obcym. Jestem coraz pewniejsza siebie, ale nadal się trochę boję. I dziś wyskoczyłam na B. i prawie Go ugryzłam, bo podchodził do mnie bardzo blisko i patrzył z góry, i coś mówił, i w końcu nie miałam gdzie się cofnąć, więc warknęłam i skoczyłam z ząbkami. B. zdążył odsunąć rękę i na mnie krzyknął, a ja przecież tylko się broniłam... No i tym razem Pańcia powiedziała "niedobra psiura"... To chyba nie najlepiej:( Może w końcu uda mi się zaufać ludziom. Nie chcę przecież nikomu zrobić krzywdy... B.

poniedziałek, 15 sierpnia 2011

Poszalałyśmy

Wierzyć mi się nie chciało, gdy nagle Sonia zaczęła mnie dzisiaj zaczepiać. Normalnie zachęcała mnie do zabawy:) Oj, dawno się tak nie bawiłam:) A Pan i Pańcia skakali wokół nas z aparatami i ze śmiechem robili zdjęcia. Przecież od dnia, w którym zamieszkałam w Domku, nie szalałyśmy tak ani razu. I sobie pomyślałam, że zamiast opisywać to szaleństwo, pokażę kilka fotek...




W zasadzie to zaczepiała mnie tak dzisiaj kilka razy. Zachowywała się tak, jakby miała kilka latek mniej. I mam nadzieję, że jeszcze będziemy się tak bawiły. Bo było naprawdę suuuuuuper...
Co prawda potem kilka razy na mnie warknęła, na przykład wtedy, gdy chciałam jej wylizać ucho, ale to może dlatego, że nie jest przyzwyczajona do takich czułości?
No i ja muszę jeszcze pohamować te swoje zazdrości... Na razie próbuję, ale nie do końca mi to wychodzi... B.

Szkolenie

Pańcia chyba na poważnie wzięła się za moje szkolenie... Wciąż powtarza Panu, że idealne opanowanie przeze mnie komendy "siad" oraz natychmiastowa reakcja na imię to droga do sukcesu, czyli: opanowanie skakania na powitanie, opanowanie agresji wynikającej z zazdrości o Sonię, czy też, a może przede wszystkim, zlikwidowanie agresji wobec Gości. Ciekawe, czy nam się uda:) Na swoje imię i na "siad" w domku reaguję już bardzo ładnie i zazwyczaj bardzo mi się to opłaca, bo Pańcia zawsze ma dla mnie jakiś smakołyk, albo smyranie między uszami. Tylko nie rozumiem, dlaczego Sonia też wtedy dostaje smakołyki, przecież nie wykonuje poleceń,  jak ja? No cóż... Muszę się z tym pogodzić...
No i umiem już podawać łapkę:) Jeszcze nie zawsze, ale zazwyczaj rozpoznaję komendę i wtedy Pańcia się bardzo cieszy.
Niestety mam jeszcze problem ze skupieniem się na spacerze. Bo wtedy dzieje się tyle innych, ciekawych rzeczy, że po prostu nie dociera do mnie, gdy Pańcia woła "Bahia"!!! Ale bardzo się staram i wiem, że Pańcia docenia nawet te moje, często nie udane, starania.
No a starania Pana? Wymyślił ostatnio, czyli wczoraj, że jak na jednej, trzymetrowej smyczy, zapnie Sonię i mnie, tzn. na jednym końcu Sonię, na drugim mnie, to na spacerze robimy się grzeczniejsze. Tak, jakby zależność jednej od drugiej powodowała, że działamy jak zespół i wtedy jest i prościej, i wygodniej. Pan jest bardzo zadowolony ze swojego wynalazku:) A i nam nie jest z tym źle... B.

piątek, 12 sierpnia 2011

Głodówka

Na szczęście już się skończyła. Ale przez chwilę byłyśmy głodne. Nie ma się czemu dziwić, że Pańcia przez 2 dni nie dawała nam jeść... Ze mnie z obu stron leciała woda, z Bahii - tylko z przodu. Ale jak już zwracałyśmy dokładnie to, co zjadłyśmy, Pańcia załadowała mnie do auta i zawiozła do weterynarza (w poniedziałek), a Bahii powiedziała, że będzie głodówka...
Okazało się, że moje delikatne jelita nie wytrzymały mieszanki pokarmowej, jaką w ostatnim czasie fundowała nam Pańcia. Do tego stwierdzono, że zdążyłam się odwodnić i zaaplikowano mi kroplówkę. To było straszne. Przez ponad dwie godziny musiałam leżeć z wyprostowaną łapką... Ale mi było niewygodnie... Do tego lekarz powiedział: dość, od jutra Sonia je już tylko Hepatic. Nie do końca mi się to podoba, bo uwielbiam makaron z wątróbeczką, ale jak z powrotem zacznę normalnie trawić to może odzyskam swój dywanik. Wstyd się przyznawać, ale tak go zapaskudziłam, że Pańcia nieźle musiała się namęczyć, żeby go wyprać i teraz leży sobie na balkonie i wietrzeje (dywanik oczywiście, a nie Pańcia)... I od wczoraj jem już tylko Hepatic i tabletki. A dziś jeszcze Pańcia wsypała mi do miski jakiś wstrętny proszek i przykazała wylizać miskę do czysta, bo to jakiś specjalny lek na wątrobę, a moje wyniki ostatnio nie były najlepsze... Więc cóż było robić? Zjadłam... Ale za to, w końcu, kupcia była dzisiaj "jak ta lala":) Więc czekam na swój dywanik:)
A diagnoza dla Bahii? Weterynarz przypuszcza, że siedzi w niej jakieś paskudne paskudztwo oporne na standardowe leki na robaczki i Pańcia musi zebrać Bahii kupkę i zawieźć do zbadania... Jak na razie Bahia musi najpierw tę kupkę zrobić, a od czasu głodówki jakoś nie wykazuje chęci... ;) S.

sobota, 6 sierpnia 2011

Dziś ja:)

Mogę? Mogę się wtrącić? Bo takie mam wrażenie, że się Sonia trochę obija ostatnio. A przecież tyle się dzieje:)  Dzisiaj na przykład Pańcia zafundowała nam piłeczki. Sonia już nie może tak szaleć i rzucają Jej te piłeczki bliziutko, tak na kilka kroków, ja za to wybiegałam się w końcu dość porządnie. Chociaż energia nadal mnie roznosi... Troszku się też wkurzyłam (Pańcia również). Bo trzech młodych chłopaków patrzyło dziś na Sonię i jeden z nich powiedział: "patrzcie, pies na haju". Komentarz dotyczył oczywiście tylnych łapek Sonii i Jej sposobu chodzenia. Więc jak Pańcia o mało nie zabiła gościa wzrokiem, to drugi zaraz dodał, że "ten pies jest chyba chory". Pańcia potwierdziła, a ja miałam ochotę coś im poodgryzać...
Sonia w wersji MOJE ZABAWKI;)
Głodna jestem... Pańcia ograniczyła nam dziś jedzonko, bo jakieś rozwolnienie się przyplątało (mi i Sonii). Pańcia podejrzewa, że to przez smakołyki, którymi nas ostatnio dokarmiała. Za chwilę mamy więc dostać jakąś papkę ryżową. Swoją drogą - lepsze to niż nic...
Coraz mniej się boję. Już nie kulę się, gdy przejeżdżają samochody, czasem wystraszy mnie jeszcze autobus. No i obcy ludzie na ulicy. Już wiem, że większość nie zwraca na mnie uwagi, że nie chcą zrobić mi krzywdy, więc i ja przechodzę sobie obok nich obojętnie. Dopiero gdy ktoś się zatrzyma, gdy zagada do Pana lub Pani, kulę pod sobą ogon, a czasem nawet szczeknę. Ale to chyba przejdzie, prawda?
Pańcia się cieszy, że już reaguję na komendę "siad". To znaczy - Pańci się wydaje, że tak jest. Bo zanim ten siad wykonam, to się szybciutko upewniam, czy Pańcia ma gdzieś w pobliżu jakiś smakołyk;) A co, będę grzeczna za darmo?
 Przez pierwsze noce Pańcia zamykała pokój Małego M., żebym nie miała do Niego dostępu. No, nie dziwię się, mają prawo mi jeszcze nie ufać. Ale teraz pokój zostaje już otwarty, a ja dostałam ciche przyzwolenie na spanie przy łóżku. Tak to odbieram, bo jak mnie pierwszy raz tam przyłapali, to nie wyrzucili... Więc chyba mogę:)
Mały M. to w ogóle fajny jest. Taka zadziora. I nie płacze, gdy po Nim skaczę i czasem Go podrapię. Sam mnie zaczepia, a potem ucieka po całym Domku. Więc ja za Nim. I ostatnio się trochę zdziwił (fajną miał wtedy minę, Pańcia też), bo uciekał przede mną przez fotele na kanapę. Kanapa była zastawiona stołem i Mały M. myślał, że tam Go nie dopadnę. A tu niespodzianka - rozpędziłam się i wszystkimi czterema łapkami  stanęłam przed Małym M. na stole. Hi, hi, hi. Oby tak dalej:) B.

wtorek, 2 sierpnia 2011

Dziś narozrabiałyśmy...

I to poważnie. Ale my to się chyba nie zgodzimy. I co? Będziemy się tak żreć przez cały czas? Zazdrość to koszmarne uczucie. Ale coś (szlag?) mnie trafia, gdy Pańcia bawi się z Bahią. Ja też bym tak chciała. Wiem, że już nie daję rady, nie mam siły, nie wytrzymują łapki. Ale i tak bym chciała! Co prawda nie powinnam narzekać, bo jak tylko Pańcia kończy zabawę z Młodą, przychodzi do mnie, żeby mnie posmyrać, poprzytulać się, pogadać. Wtedy znowu Bahia jest zazdrosna i podchodzi do nas, podskakuje i szczeka. I ja się denerwuję, szczerzę zęby, ona zaczyna tak samo i draka gotowa. Dziś były aż dwie... Chyba najostrzejsze w naszej wspólnej historii.
Za pierwszym razem Pańcia nas rozdzieliła. Byłyśmy trochę oszołomione, Pańcia też, a Mały M. ze strachu się rozpłakał. Pańcia nas dokładnie obejrzała, czy nie mamy jakichś ran, Bahia trochę popiszczała i kulała przez chwilę na lewą łapkę. Dostałyśmy w łeb.
Za drugim razem był już Pan. To znaczy akurat wszedł do Domku i podbiegłyśmy Go przywitać. I ścięłyśmy się w przedpokoju. Groźnie było. Wkroczyła Pańcia. I się Jej oberwało. W zasadzie nie wiemy, czyje kły zaliczyły pańciną nogę, ale faktem jest, że zaliczyły. Dość boleśnie... Biedna Pańcia... My też, bo Pan nam tego nie darował... Ale zasłużyłyśmy... Obiecuję, że już nie będę. A przynajmniej się postaram... Zobaczymy, co z tego wyjdzie...
A miałam dziś napisać kilka sympatycznych słów, tymczasem wyszło, jak wyszło... Więc króciutko: to zdjęcie u góry przedstawia moją wściekłość (z której, rzecz jasna, dumna nie jestem), to na dole - super drzwi z kuchni i zdziwioną Bahię (gdy dostajemy jedzonko, Pańcia nas rozdziela, żeby każda mogła spokojnie zjeść). Te super drzwi były tak zrobione (dzielone w poziomie) po to, żeby chronić kuchnię przed Małym M., gdy był malutki i odwrotnie, chronić Małego M. przed niebezpieczeństwami kuchni. Teraz świetnie sprawdzają się przy zwierzach.
Pańcia i tak wciąż powtarza, że najważniejsze, że jak zostajemy same w domu, to jest spokój. Przynajmniej na razie i oby tak zostało...

niedziela, 31 lipca 2011

Pierwsi goście

Oczywiście od momentu, gdy w Domku zamieszkała Bahia... To znaczy, zajrzała już raz do nas Sąsiadka, ale na widok zjeżonej Bahii zrezygnowała z odwiedzin...
No więc wczoraj przyszli goście. Aż czworo plus Pchła. No, ponoć był to pies, ale nie większy od mojego pyska, więc w zasadzie Pchła. Na wszelki wypadek warczałam, gdy próbowała podejść. Ze zrozumiałych powodów się nie odważyła. Na imię jej Miłka. A gośćmi byli: Lilka, Damian, Martyna, 18-miesięczny Oliś (i Pchła). Ja już raczej nie wstaję ze swojego dywanika, więc obszczekałam Ich na odległość. Za to Bahię musieli mocno trzymać...
Na szczęście dla nas wszystkich - Goście wspaniali. Bardzo spokojnie przekonywali Bahię do siebie. Na początku oczywiście smakołykami, więc i mnie się co nieco dostało:) Powoli wyciągali do Niej ręce, żeby mogła ich powąchać i, przede wszystkim, nie wykonywali gwałtownych ruchów. Więc Młoda odpuściła, choć Pańcia bardzo Jej pilnowała...
Ale najfajniejszy był Oliś. Nie bał się niczego. Małymi rączkami opędzał się od Bahii, kładł się przy mnie na podłodze, w ogóle nie okazując strachu, i rozdawał buziaczki wszem i wobec. Raz nawet wywrócił się Bahii na grzbiet, to się dziewczyna trochę zdziwiła, a On się pozbierał i poszedł dalej:)
A Miłka biegała wokół wszystkich i w zasadzie cały czas skupiała na sobie uwagę Bahii. A Bahia zachowywała się naprawdę fajnie. Wciąż Pchłę goniła i próbowała łapką przygwoździć do ziemi. Ale robiła to niesamowicie delikatnie, wszyscy byli miło zaskoczeni.

środa, 27 lipca 2011

Narozrabiałyśmy?

Oj, Pańcia trochę się wściekła. Nie przeze mnie... Chociaż pewnie troszkę też... Co prawda, pewnie niechcący, ale jednak, rano zamknęła mnie w łazience i siedziałam tam sama calutki dzień:( Niby miałam spokój, ale może gdybym leżała sobie w pokoju, Bahia by nie narozrabiała? A tak...
Gdy Pańcia weszła do mieszkania po pracy oczywiście najpierw wypuściła mnie z łazienki (i przeprosiła), a potem ręce jej opadły. W dużym pokoju, na podłodze, leżała zerwana firanka. Ta wielka z dużego okna. Pańcia twierdzi, ze da się ją jeszcze uratować, ale mimo to oberwało się trochę Młodej... A że ja mam też w tym Domku swoje prawa i z racji starszeństwa poczuwam się do pewnej odpowiedzialności, musiałam Młodej wygarnąć od siebie. I to tak na ostro, że aż mi się postawiła i w ruch poszły kły.
Gdy już Pańci udało się nas rozdzielić, obie oberwałyśmy... Pewnie zasłużenie... No a Pańcia się wystraszyła, że zrobimy sobie krzywdę. I pewnie tak by było, gdyby nie Jej interwencja. Oj, te nasze sucze instynkty. Czy nigdy nad nimi nie zapanujemy?

niedziela, 24 lipca 2011

Szaleństwa Panny B.

Dzieje się, dzieje... W zasadzie najważniejsze to to, że znowu chodzę:) Ale tym razem nie o mnie. Tylko o tym szalejącym tornadzie o imieniu Bahia. Ma w sobie tyle energii, że można by nią obdarować całe stado psiaków. Jadła by na okrągło. Z patyków robi wióry, niszczy je do końca:) Jak w tartaku. Odkurzacz chodzi co chwilę, a i tak podłoga zasłana jest trocinami. Może założymy wytwórnię?
Zaczyna reagować na imię. A na spacerki wychodzi na podwójnej smyczy (Pani spina dwie długie tak, żeby były jak najdłuższe, żeby Młoda miała luz, ale też żeby była nad nią kontrola). Przestała się kulić na widok przejeżdżających samochodów i przechodzących ludzi, stresują Ją jeszcze autobusy, ale i tak jest coraz lepiej. No i coraz rzadziej jeży się na widok mijających ją mężczyzn... Gdy poszliśmy na spacer do A. i B., zachowywała się całkiem poprawnie. Obwąchała A. i B. a potem szalała w ogródku nie okazując grama agresji.
Była też w tym tygodniu w odwiedzinach u Rodziców Pańci. Na kolegę Rocky'ego (sznaucer mini) nie zwracała zbytnio uwagi, do wszystkich pań (Babcia, Mama, Kasia) podeszła raczej spokojnie, też nie poświęcając im większej uwagi, Tato przekupił Ją szyneczką, choć później też na Niego warczała, natomiast Brat Pańci został obszczekany. Może dlatego, że stał na schodach i było ciemno? Może dlatego, że jest bardzo wysoki i ma donośny głos? Nie było w tym co prawda ciężkiej agresji, jednak do pozytywnych tego zachowania zaliczyć nie można. Pańcia mówi, że takie odwiedziny zrobi jeszcze kilka razy, a potem zaprosimy Rodzinkę do Domku.
Akcje w sypialni:) Pewnego dnia Bachia zawarczała na Małego M. Mały M. uwielbia oglądać bajki, zazwyczaj leży sobie wtedy w dużym łóżku w sypialni przykryty kołdrą. I tak zastała Go Bahia. I On założył sobie tę kołdrę na głowę. A Ona zaczęła warczeć. Zachowywała się tak, jakby nie wiedziała, co to łóżko z pościelą, bo gdy wieczorkiem Pańcia się położyła i również przykryła kołdrą, Bahia znów warczała. Już Jej to minęło, ale w nocy potrafi kilka razy wchodzić do sypialni i sprawdzać, czy Pan i Pańcia tam są... A jak Mały M. oglądał wczoraj bajki, zaczęła wskakiwać na łóżko. Pańcia przegoniła Ją raz i drugi, a za trzecim razem Bahia tak się położyła i zaparła, że Pańcia musiała Ją wziąć na ręce i wynieść z sypialni. Musi się Młoda nauczyć, że łóżka, szczególnie te najwygodniejsze, nie są dla piesków, szczególnie tych dużych. Ja kiedyś spałam z Panem i Pańcią... Ale to były stare czasy, stare mieszkanko i kanapa, którą zjadłam... A przede wszystkim nie było jeszcze Małego M. Bo jak Mały M. przyszedł na świat, to On zajął to miejsce obok Pańci i Pana. Ale to Jego prawo... Najważniejsze, że Pan i Pani nadal kochali mnie tak, jak za czasów, gdy Małego M. jeszcze nie było...
Są jeszcze wyskoki. A w zasadzi podskoki. Strasznie mnie denerwują i zazwyczaj dosadnie daję o tym znać, ale co ja mogę... Jak Bachia ma napad szaleństwa, to po wszystkich skacze: po Pani, po Panu, po Małym M. Ten to jest chyba najbiedniejszy, podrapany taki, ale - muszę przyznać - dzielnie to znosi i próbuje się odwracać plecami, choć nie zawsze zdąży. Za to Pan i Pani raz Ją odepchną, raz złapią za łapy i zatańczą, innym razem padną przed Nią na kolana i zachowują się jak psy. Ona to uwielbia. Przewalają się po podłodze, nawet na siebie warczą. Posmyrają Ją po brzuszku i po chwili jest spokój. Troszkę Jej zazdroszczę. Moje czasy szaleństwa też były takie wspaniałe, ale to było dawno... Najważniejsze, że Pan i Pani nadal kochają mnie tak, jak za czasów, gdy nie było Bahii, a wcześniej kochanego Miśka... I nie było NamisiowegoDomku...

Elektryczna dziewczyna

W zasadzie to Pan powiedział NASTĘPNA elektryczna dziewczyna:) Dlaczego? Bo przyłapał Bahię, gdy próbowała podkraść ładowarkę do telefonu trzymając w zębach kabelek... Dobrze, że nie był pod prądem... A dlaczego "następna"? Bo ja też kiedyś byłam taka zdolna. A nawet zdolniejsza... I chyba byłam w wieku Bahii...
To było jeszcze w starym mieszkaniu. Pan i Pani pracowali, więc siedziałam prawie całe dnie sama w domku. Czasem spałam, a czasami nie i wtedy mi się nudziło. I przychodziły mi do głowy różne pomysły, niekoniecznie mądre...
Otóż ściany w tym starym mieszkanku nie należały do równych. Do tego w przedpokoju przy podłodze wystawał kilkucentymetrowy kawałek grubego kabelka wysokiego napięcia. Pewnego dnia bardzo mnie zafascynował i zaczęłam się do tej ściany dobierać. Pazurkami i ząbkami. A że ściany nie tylko nie były równe, ale również podatne na niszczenie, szybko wyskrobałam sporą dziurę i zaczęłam szarpać kabelek. W efekcie, gdy Pan i Pani wrócili z pracy, na podłodze w przedpokoju zamiast wystającego kawałeczka kabelka leżał wyszarpany ze ściany i podłogi kabel długości około metra. Krótko mówiąc, gdyby moje kiełki wgłębiły się w ten kabel trochę głębiej, dziś już by mnie nie było... Miałam szczęście. Ale burę dostałam nieziemską...
Taką burę dostałam w życiu w zasadzie tylko dwa razy. Właśnie za numer z kabelkiem, no i za zjedzenie kanapy... Wtedy też mi się nudziło, a ta gąbka ze środka rogówki tak fajnie się darła... I trochę się obawiam, bo przypomina mi się to za każdym razem, gdy Bahia zębami dobiera się do obić foteli... Mam nadzieję, że nic złego z tego nie wyniknie, bo przecież Bahia nie zostaje sama w domu, gdy Pan i Pani jadą do pracy...

piątek, 22 lipca 2011

Góry, góry, góry...

W końcu mam nadzieję nadrobić zaległości, czyli parę słów o... Leśniczówce:) Przeboleję fakt, że miały to być spokojne, spokojne, SPOKOJNE  wakacje. I w zasadzie byłyby, gdyby nie ten przystanek w PSITULU. I powiększenie się Rodzinki.
Miejsce - bajka. Góry, Leśniczówka na zboczu, wielka łąka, wokół lasy, zejście do czyściutkiej, górskiej rzeczki i cisza... No, cisza też by była, gdyby nie Młoda... Cały dzień można by leżeć na dworze, żadnych obcych psów i ludzi...
Prawie cały tydzień świeciło słoneczko. Czyli już pierwszego dnia poszliśmy nad rzeczkę. Rzeczka w połowie szerokości głęboka na 30cm, w połowie - na 80cm. Więc wchodziłam do tej głębszej wody, kładłam się pod prąd i gdy machałam łapkami, to mnie tak fajnie unosiło... A to młode, niewyrobione boi się wody! Było miło i przyjemnie, ale to chyba przez tę przyjemność teraz tak cierpię.
Bahia szalała od rana do wieczora. Biegała we wszystkich kierunkach naraz, szczekała na każdy niezidentyfikowany dźwięk, kradła każdą rzecz, która pozostawała bez opieki Pani, Pana lub Małego M. Przez to o mały włos nie została Francą lub Zołzą.  Mnie też co chwilę zaczepiała, ale po paru spięciach i ostrych wymianach cięć kłami, dawała sobie spokój. Ja już naprawdę nie mam siły na przeżywanie drugiej młodości... Mimo to miło popatrzeć na takie "tornado":)
W międzyczasie okazało się, że z Bahii straszny tchórz. Czyżby ktoś ją kiedyś strasznie skrzywdził? Gdy Pan przekładał pasek z jednych spodni do drugich, zwinęła się w kłębek i z piskiem uciekła. Tak samo zareagowała wieczorem na światło wojskowej latarki. Podobnie reaguje nawet teraz na przejeżdżające samochody i autobusy. Dziwne, że sama jest w samochodzie bardzo spokojna i nie panikuje...
A ostatniego dnia było strasznie. Przyjechali właściciele Leśniczówki i... Bahia rzuciła się na Pana G. Ta nasza Pańcia to ma chyba jakiś ekstra zmysł, bo jak tylko Ich zobaczyła, zapięła Bahii smycz i trzymała ją króciutko. Pewnie tylko dzięki temu nie doszło do czegoś strasznego... Nie przypuszczałam, że tak może wyglądać agresja, pod którą chowa się paniczny strach. Młoda się maksymalnie zjeżyła, ogon podwinęła pod siebie, uszy położyła, a jak szczerzyła kły, to fafle z nosem podeszły jej pod oczy. Wyglądała strasznie. Rzucała się w kierunku Pana G., warczała, szczekała, cała drżała... To był chyba jedyny moment, gdy Pani i Pan zadali sobie pytanie, czy przyjęcie Bahii do Rodzinki to był dobry pomysł... A jeżeli będzie tak reagować na każdego obcego-nieobcego, który przyjdzie w odwiedziny? A Rodzinka Pani, a Sąsiadka? Chyba czeka nas trochę pracy, żeby tę małą Francę uczłowieczyć:)

Auć... Korzonki!!!

W zasadzie to było wczoraj. A zaczęło się jeszcze dzień wcześniej. Moje tylne łapki odmówiły posłuszeństwa. Tak jakby się przykurczyły. Do tego pojawiła się gorączka... Pan i Pani oczywiście spanikowali. Mnie też nie było do śmiechu... Do tego bolało:( Ani się obrócić, ani samemu podnieść, nie mówiąc już o spacerze... Całe szczęście (jeśli w mojej sytuacji w ogóle o szczęściu w kontekście zdrowia można mówić...) trzy lata temu moje nogi też odmówiły posłuszeństwa (wtedy wysiadły stawy) i Pan już wiedział, jak mi pomóc się podnieść, a nawet  wyjść na krótki spacer. Oczywiście wróciły do mnie szeleczki (ostatnio używała ich Młoda), wykopali też z szafy długi, szeroki szalik i podnosząc mnie z przodu za szeleczki przełożyli mi ten szalik pod brzuszkiem i asekurowali przy chodzeniu. I tak od wczoraj chodzę na spacerki... A w zasadzie to głównie leżę na dywaniku - tego też pilnują, żebym przypadkiem nie położyła zadku na zimnej podłodze.
Siłą rzeczy odwiedziliśmy wczoraj weterynarza. Nawet Pańcia znalazła w sobie siłę, żeby moje w połowie bezwładne ciałko podnieść i umieścić w bagażniku. No i weterynarz poinformował Panią, i tym samym trochę uspokoił, że mam zapalenie korzonków. No i wymagam serii zastrzyków. Bolesnych! Niestety, nie było szans tego uniknąć: zakładają mi kaganiec (zawsze), Pańcia chwyta mnie takim żelaznym uściskiem, a lekarz wbija te straszne igły:( Oj... I tak jeszcze ze trzy razy... Po tej pierwszej wizycie Pańcia żartowała nawet z weterynarzem, że czegoś takiego to jeszcze nie mieliśmy... A z cięższych przypadków już się zbierałam. Więc powinno być dobrze. Gorączka przeszła. I zaczynam trzymać pion. Choć muszą jeszcze pomagać mi wstawać.

środa, 20 lipca 2011

Starość?

W Leśniczówce. Oj, wiekowość chyba mnie już dopada... Ta Młoda ciągle biega: tam i z powrotem, wokół choinek, do lasu, za Panią, za Panem, za Małym M. Do tego wciąż po Nich skacze. A mnie się to nie podoba i głośno daję o tym znać... No to Młoda myśli, że chcę ją sprowokować do zabawy. I tak w kółko. A moje stawy już tego nie wytrzymują. Ciężko mi się utrzymać na tylnych łapkach przez cały czas, gdy Bahia szaleje. Owszem, mogę się z Nią siłować, pod warunkiem jednak, że siedzę sobie bezpiecznie na zadku;) Lubię tak wyciągnąć łapki i zwrócić pysiora do słoneczka. A pogoda, muszę przyznać, w tym roku dopisała nam wyśmienicie. I mogłabym w spokoju cieszyć się magią tego miejsca, gdyby nie ta wszechobecna Pchła... Brrrrr........ Ani to nie słucha, ani nie aportuje (jak można nie wiedzieć, co zrobić z rzuconym patykiem?). Ciągle zaczepia i prowokuje. No i próbuje mnie zdominować! A to się jej nie uda. Nigdy nie musiałam tego robić, ale teraz, skoro Ona rzuca mi się do gardła, jestem zmuszona reagować tak samo. I chyba zrobiłam to przekonywująco i skutecznie, bo, mimo ciągłych prób podejmowania z Jej strony walki, moje kłapnięcie powoduje, że Młoda się poddaje:) Szkoda tylko, że te moje stare łapki nie wytrzymują już Jej młodości. Bo w zasadzie to chętnie bym Ją pogoniła, złapała za ten kudłaty ogon, powaliła i wyszczekała, co myślę o takich postrzelonych podlotkach:)

wtorek, 19 lipca 2011

Bahia

10 lipca 2011r. (ciąg dalszy) Schronisko. Zostawili mnie w samochodzie i poszli wypatrywać drugiego Zwierza. A że są nieziemsko roztrzepani, zostawili pootwierane okna. A dla mnie to jak zaproszenie. Więc szybciutko, ja, stara, kulawa sunia, na przednie siedzenie i hoooop... na dwór przez okienko. Najpierw się zdziwili, potem uśmiali, a potem i tak spowrotem zamknęli mnie w aucie:(
I zniknęli za zakrętem. Oj, mam wątpliwości, czy to się dobrze skończy...
Pańcia wcześniej ciągle siedziała przed komputerem i przyglądała się tym wszystkim psiakom. Twierdziła, że chyba wie, którego chciałaby wziąć. No więc miałam nadzieję, że trafi mi się sympatyczny, spokojny, starszy kolega, ewentualnie - koleżanka. A tymczasem...
Wyszli zza bramy, a z Nimi, prowadzona na smyczy, podskakująca i szarpiąca, nie reagująca na imię, z przyklapniętymi uszami młodziutka sunia. Szczeniak wręcz! Brrrr.... Za stara jestem na takie atrakcje.
Zawołali ją BAHIA, wsadzili do MOJEGO bagażnika i wyruszyliśmy. Młoda prawie całą drogę przespała, a jak nie spała, to się żarłyśmy, a już prawie na miejscu okazało się, że jazda samochodem Jej nie służy. Hi, hi, hi. Miała Pańcia za swoje...

niedziela, 17 lipca 2011

Będzie się działo...

10 lipca 2011r. No i stało się. Okazało się, że wczoraj (tj. w sobotę) Pan zadzwonił do Leśniczówki i zapowiedział nas na dzisiaj (tj. na niedzielę). Do tego powiedział, że będziemy koło południa. Ale się Pani wkurzyła... Że przecież jeszcze dzień wcześniej był przeciwny wyjazdowi, że to się tak nie da, bo już jest 9:00, a sama trasa to ok. 3 godziny. Przecież nic nie jest przygotowane, trzeba się spakować, z Sonią jechać do weterynarza na zastrzyk (wiedziałam... brrrrr...), Pańcia poza tym nie lubi takiej pseudo spontaniczności... A potem Pani powiedziała coś, po czym dostałam gęsiej skórki: "dobrze, skoro Ty przeforsowałeś wyjazd, to po drodze zatrzymujemy się w schronisku i bierzemy drugiego psiaka". Pana zatkało, a po chwili, o zgrozo(!), się zgodził... Zadzwonił i przełożył godzinę przyjazdu na 16:00 (a i tak w końcu byliśmy godzinę później) i zaczęło się: sprzątanie, pakowanie, wizyta u weterynarza. Wcisnęli wszystko, razem z Małym M., na tylne siedzenie, mi zostawili bagażnik. Szkoda tylko, że chwilę później musiałam się tą bagażnikową (nie małą) przestrzenią podzielić...

Coś się szykuje...

8 lipca 2011r. A czas leci... Urlop Pani i Pana sobie trwa, siedzą w domku i zastanawiają się, co by było, gdyby... Na kawkę przychodzi Pani G. Jutro wyjeżdża w góry. Pańcia rzuca hasłem do Pana: "albo jutro jedziemy do leśniczówki, albo jadę po drugiego psiaka, bo inaczej zwariuję!". A Pan na to, że jechać nie możemy, bo On w Firmie powiedział, że będzie na miejscu i jak będzie potrzeba (a pewnie będzie), to On przyjedzie i pomoże. Poza tym, nie daliśmy wcześniej znać, że przyjedziemy, więc tak nagle to nie wypada... A na kolejnego psa On się nie zgadza. I na tym stanęło. A wieczorem pojechali na firmową imprezę...

czwartek, 7 lipca 2011

Smuteczki

W zasadzie to czuć je w powietrzu. Otaczają Pańcię, wczoraj zaatakowały mnie. Jak długo to potrwa? Jak można się ich pozbyć? Pańcia się uśmiecha, ale ma smutne oczy. Mnie mniej cieszy piłeczka... Do tego znowu mam ataki świądu i cały czas się drapię, więc pewnie dziś, albo w najbliższych dniach czeka mnie wizyta u weterynarza i zastrzyk. Brrrr..... Nie lubię tego...
Jak sięgam pamięcią, ten ostatni tydzień był chyba najgorszym tygodniem w Ich życiu... I jeszcze ten urlop... Powinni być w pracy, żeby jak najmniej siedzieć w Domku. Dobrze, że chociaż pogoda zaczyna dopisywać, to może i Oni zaczną gdzieś wychodzić...
Fajnie było by pojechać nad wodę, ale: 1) obawiam się, że to wywoła kolejne Smuteczki; 2) ja i tak będę musiała zostać w Domku, bo moja skóra jest w takim stanie, że lepiej nie ryzykować kontaktu z wodą... Po prostu - szkoda gadać:( Wszystko sprzysięgło się przeciwko Rodzince... A nie tak miało być...

Słoneczko = otwarty balkon

Uwielbiam ciepłe dni. Bo gdy tylko świeci słonko, otwierają balkon. Uwielbiam leżeć na balkonie i obserwować świat. A widok mam całkiem ładny, no i ciągle coś się dzieje. A to przechodzą jakieś pieski, a to biegają dzieciaki. Do tego mieszkamy na parterze, więc jak się wygodnie wyłożę, to łapki zwisają poza balkon, a ja mam wszystko na wysokości ślipek. Więc tak sobie leżę, grzeję się i obserwuję.
Ha! Czasem szczekam na inne pieski. Pan i Pani za tym nie przepadają. Denerwują się, że moje szczekanie może przeszkadzać sąsiadom i czasem mnie z balkonu pogonią... Ale szybciutko tam wracam. I znowu szczekam:)
Gdy Misiek był u nas pierwszy dzień, w zasadzie do wieczora leżał na balkonie. A potem nie chciał już wychodzić na balkon. Tak, jakby się czegoś bał... Dopiero w niedzielę rano szedł za Panią, i gdy Ona wyszła na balkon, On bardzo powoli przełożył przez próg przednie łapki. I, mimo że Pani Go prosiła, nie chciał zrobić kroku dalej... Dlaczego? - odpowiedź na to pytanie na zawsze pozostanie Jego tajemnicą...

środa, 6 lipca 2011

Kryzys

Pańcia ma kryzys... Zrobiła mi jedzonko (chyba to Ją tak wytrąciło z równowagi), zamknęła się w łazience i... wyje:( Aż mnie ciarki przechodzą... Z drugiej strony - może potrzebne jej takie odreagowanie? Może pomoże Jej się to pozbierać? Bo oboje: i Pan, i Pani chodzą strasznie smutni... Mnie też jest "łyso"... Tak pusto na podłodze... I nie mam po kim wylizywać miski...
Oboje obwiniają się za to, co się stało. Przecież niczego już nie zmienią. Widocznie tak miało być...
Teraz mają urlop. Pewnie dla Nich lepiej by było, gdyby chodzili do pracy. Skupiliby się na czymś innym, a nie tylko na rozpamiętywaniu... Bo przecież wspomnienia powinny być piękne, radosne, wywoływać ciepły uśmiech, a nie smutek i łzy. Tak to powinno funkcjonować. Mam wielką nadzieję, że wkrótce i Ich wspomnienia osiągną tę pozytywną stronę... Bo jak nie, to obawiam się, że zaczochrają mnie na śmierć...

poniedziałek, 4 lipca 2011

Namisiowy Domek

To ja. Sonia. Pomyślałam sobie, że się tutaj trochę wtrącę. Pan i Pani ciągle wpatrują się w tę stronkę. Czytają wciąż od nowa i od nowa... A z oczu lecą im łzy wielkości grochu... Nie przesadzam... Mnie też jest smutno. Zdążyłam pokochać Namisia. Jego spokój, dostojność, ciepłe futerko. Nie ukrywam, na początku było trudno, przestałam być jedynym, pierwszym, najważniejszym ONkiem w Domku. Ale nie mogę też narzekać. Gdy w Domku pojawił się Namiś, Pan i Pani bardzo sprawiedliwie obdzielali nas miłością, czochrankami, spacerkami, zabawą. Nie ukrywam, że nie raz pokazałam Namisiowi ząbki. Ale On chyba to rozumiał... Ostatnio przestało mi nawet przeszkadzać, że podchodził do mojej miski. Doszło do tego, że gdy już zjedliśmy, ja wylizywałam Jego miskę, a On moją:) A teraz już Go nie ma... A było tyle planów: spacerki do lasu, nowe zabawki, a przede wszystkim od dawna obiecany wypad nad wodę...
Od wczoraj jestem przytulana, czochrana, zabawiana za dwóch.... Niby fajnie, ale nie powinno tak być... Oni mają chyba w sobie za duże pokłady psiej miłości...
Mam tylko nadzieję, że zostawią Namisiowy Domek otwarty, że w końcu, zaglądając na tę stronkę, zaczną się uśmiechać do wspomnień. Uśmiechać do Namisia, który teraz zdrowy i szczęśliwy szaleje za Tęczowym Mostem...

Tęczowy Most

4 lipca 2011r. Już jestem spokojny. Już nic mnie nie boli. Teraz będę obserwował moją Rodzinkę zza Tęczowego Mostu. Dziękuję, że ze mną byli. Dziękuję, że tak o mnie walczyli. Dziękuję, ze dali mi tę odrobinę szczęścia i miłości na starość...
NAMIŚ ODSZEDŁ ZA TĘCZOWY MOST DZISIAJ O GODZ. 8:30.

Osłabłem...

3 lipca 2011r. Zacząłem słabnąć. Jakoś tak nie mam siły, ciężko mi się oddycha, nie chcę jeść ani pić... Piłeczka też mnie nie cieszy. Czyżby jakiś kryzys pooperacyjny? Pan i Pani koło mnie skaczą, smyrają, podkładają pod nos miskę z wodą. A ja chcę po prostu leżeć i odpoczywać. Mam dom, mam Rodzinkę, spotkało mnie wielkie szczęście. Jestem szczęśliwy:)

niedziela, 3 lipca 2011

Pogoda

Tutaj mam tylko jedno pytanie: czy ktoś mógłby odczarować pogodę? Chcę słoneczka, spacerków, ganiania za patykami...

Piłeczka

1 lipca 2011r. Tak mi się przypomniało, że jeszcze w piątek, gdy wróciłem z kliniki, spotkało mnie coś miłego. Sonia pozwoliła mi pobawić się swoją piłeczką. Ta piłka świetnie się odbija, a gdy się ją przygryzie, to strasznie piszczy. Mnie i Sonii bardzo się ten pisk podoba, Pani i Panu niekoniecznie... Ale gdy Sonia już pozwoliła mi złapać tę piłeczkę, to Pan zaczął mi ją rzucać. Więc Pan rzucał, a ja ją odbijałem nosem. Pani się trochę denerwowała, że przecież ledwo wróciłem z kliniki, że miałem poważną operację, ale co tam... Ja tak bardzo chciałem się pobawić. Oczywiście nie chciałem się przeforsować, ale skoro nic mnie nie bolało i wróciła mi chęć życia, to pobawić chyba się mogłem...
No i Pani obiecała, że jak tylko w którymś sklepie spotka taką piłeczkę, jak ma Sonia, to kupi też dla mnie. I oby szybko ją spotkała...

piątek, 1 lipca 2011

Już w Domku:)

Przyjechali:) Oj, jak się ucieszyłem. Ściągnęli mi kaganiec i ten niewygodny kołnierz. Wyczochrali, poprzytulali, wsadzili do autka i przywieźli do Domku. A jak tylko otworzyli drzwi, to popchnąłem Sonię i pobiegłem do misek. Byłem strasznie, strasznie głodny. Pani mówi, że schudłem, że zapadły mi się boczki.
Ale na jedzenie musiałem chwilkę poczekac. Do tego dostałem taką porcję mini-mini i ponoc dziś już nic więcej nie dostanę... A w brzuszku burczy...
Nawet sobie nie wyobrażacie, jak to cudownie byc w Domku. Z Rodzinką. Sonia mnie trącha, a Pan i Pani ciągle do mnie coś mówią.
Jutro musimy znowu jechac do kliniki na kontrolę, ale już mnie tam nie zostawią.
Teraz muszę szybciutko wyzdrowiec, bo Pan i Pani obiecali wypad nad wodę. Już nie mogę się doczekac...

W klinice...

Zostawili mnie wczoraj rano... Bardzo bałem się tej chwili. Tak jak tego, że już po mnie nie wrócą. Ale dzisiaj przyjechali:) Mieli mnie zabrac do Domku. Ale Pani Doktor powiedziała, że jestem jeszcze bardzo słaby i muszę dostawac kroplówki, i że muszę zostac w klinice na noc, a przynajmniej do 20:00, kiedy przyjdzie ta druga Pani Doktor, która mnie operowała. I wtedy Ona zdecyduje, co dalej. Powiedzieli, że przyjadą. Więc czekam...

czwartek, 30 czerwca 2011

Czwartek

Rano. Jeść! Jeść!! Jeść!!! Co znaczy, że dzisiaj nie dostanę? Sonia dostanie, a ja nie?! Już mi kiszki marsza grają! Nie słychać? To zaraz będzie słychać?! I proszę nie mówić: "Misiu, no nie możesz już jeść. Dziś nie." Głodny pies, to zły pies i Pani powinna to zrozumieć, bo przecież ma tak samo;)
Dziś operacja. Zaraz pewnie załadują mnie do auta i pojedziemy. Pani się denerwuje. Powiedziała, że będzie musiała zostawić mnie w klinice samego, ale potem po mnie przyjedzie. Chyba najbardziej boję się tego momentu, że znowu ktoś mnie zostawi...

środa, 29 czerwca 2011

Środa...

Jutro operacja...
Dziś rano tak się spiąłem, że Pan miał problem ze złapaniem mojej skóry, żeby zrobić mi zastrzyki...
Widzę, że Pani się martwi... Ale wierzę, że wszystko będzie ok. Musi być ok...
Chciałbym, żeby już było po wszystkim...
Pan i Pani mówią, że jestem straszny przylepiec. Faktycznie chodzę dziś za Nimi wszędzie. Pani musiała mnie dwa razy pogonić z pokoju Małego M. Chciałem być przy Niej, gdy Go usypiała, ale Mały M. jest alergikiem i nie wolno mi spać w Jego pokoju.
Ha! Sonia lubi moją miskę. Gdy dostajemy jedzenie (Sonia w kuchni, ja w pokoju), to Sonia zjada bardzo szybko i potem czeka, aż ja skończę, a jak odejdę od miski, to Ona jeszcze podchodzi i po mnie wylizuje. Może tego po Niej nie widać, ale ma wilczy apetyt...
A z tym jedzeniem w dwóch pomieszczeniach to też śmieszna historia. Miski Sonii włożone są w podwyższony stelaż. Są dwie. I pierwszego dnia, gdy przyjechałem do Domku, Państwo stwierdzili, że ja i Sonia będziemy jeść jednocześnie, każde ze swojej miski na stelażu. Jak Sonia to zobaczyła... Najpierw wyskoczyła na mnie z wyszczerzonymi zębiskami, a potem obraziła się na Panią i Pana i już do końca dnia nie jadła:) Więc teraz jemy osobno...

wtorek, 28 czerwca 2011

Wtorek

Dziś króciutko... Dzień zaczął się od zastrzyków. Szczypało bardziej niż wczoraj, ale udało mi się powstrzymać - nie wyszczerzyłem ząbków, tylko próbowałem "dyskutować" i się wyrwać, więc Pani musiał mocno mnie trzymać:) Ale nie zawarczałem na Pana i jestem z tego dumny:)
Strasznie mi smutno na spacerkach. Tak bardzo chciałbym pobiegać za patykami...
Leżałem tak sobie po południu na dywaniku, a Pani kręciła się po pokoju. I ja tak sobie za Nią patrzyłem, patrzyłem, patrzyłem... I podeszła do mnie, posmyrała po łbie, spojrzała w oczy i spytała: "co takiego się wydarzyło, że znalazłeś się na ulicy?". I nie wiem, po co pytała? Przecież to już nie ważne. Przecież już jestem z Nimi, jestem Ich, należę całym sobą do Rodzinki. Moje serce należy do Rodzinki. Już nie chcę myśleć o tym, co było... Przecież to już nie ważne. Liczy się tu i teraz. A teraz jestem szczęśliwy:)

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Odliczamy. Dziś poniedziałek...

Rano dostałem lekarstwa. Pani mnie trzymała, a Pan robił zastrzyki. W sumie to wcale nie musieli mnie trzymać. Wiem, że to dla mojego dobra i zaciskam te resztki ząbków, i wytrzymuję, i nie zamierzam warczeć na Pana. Te zastrzyki mają mnie wzmocnić przed operacją.
Nie mogę się jednak pogodzić z tym, że nie wolno biegać mi za patykami:( Sonia na spacerach szaleje, a ja muszę grzecznie i spokojnie chodzić na smyczy:( A tak bardzo bym poskakał... Niestety, szaleństwa są zbyt niebezpieczne. Ponoć mógłbym dostać krwotoku i nie doczekać operacji...
Muszę więc Państwu wierzyć na słowo i z pokorą czekać na czwartek. I mieć nadzieję, że wszystko będzie dobrze, i że szybciutko wydobrzeję, i jeszcze zdążę się nacieszyć szalonymi spacerkami:)

niedziela, 26 czerwca 2011

Diagnoza

26 czerwca 2011r. Wieczór. Wróciłem z kolejnego badania USG. Pani Doktor bardzo długo oglądała moje wnętrzności: wątrobę, śledzionę i tego paskudnego guza. Guz ma aż 7 cm, a to moje osłabienie dziś rano wynikało najprawdopodobniej z faktu, iż doszło do jakiegoś wewnętrznego krwawienia. I takie sytuacje mogą się teraz powtarzać. I, uwierzcie, bardzo mi się to nie podoba. Nie mogę za dużo jeść, a spacerki mają być krótkie i absolutnie nie wolno mi aportować:( To też bardzo mi się nie podoba...
USG nie wykazało na szczęście przerzutów na wątrobę. A to oznacza, że mogę być operowany, tzn. będą mi usuwać tego paskudnego guza i przy okazji śledzionę. Termin operacji wyznaczono na najbliższy czwartek. Potem wycinek guza zbadają pod kątem złośliwości. Wtedy dopiero wydadzą wyrok. Trochę się boję. Moja Pani i Pan też trochę się boją. Do tego codziennie muszą robić mi zastrzyki. Podoba mi się to, że zdecydowali, że będą mi je robić w Domku i nie będę musiał codziennie jeździć do kliniki. Bardzo mnie to stresuje...
Teraz jeszcze muszę znaleźć pieska, który będzie dawcą krwi, bo potrzebuję jej do operacji. Mam na to aż (albo tylko) 3 dni...

W oczekiwaniu na diagnozę

26 czerwca 2011r. Wróciłem od weterynarza. Pobrali mi krew i zrobili USG. Diagnoza - guz śledziony. Dostałem kroplówkę wzmacniającą i faktycznie czuję się lepiej. Na spacerku miałem nawet ochotę pobiegać za patykami. Ale Pan i Pani powiedzieli, że nie powinienem się przemęczać. Dziś czeka mnie jeszcze jedna wizyta w klinice. I jeszcze jedno USG. Będą się upewniać, czy nie ma przerzutów. Potem zdecydują, czy będą mnie operować czy już tylko podawać mi leki. Pani jest smutna. Chyba mnie kocha...

Coś jest nie tak:(

26 czerwca 2011r. Pojawił się jakiś problem. To znaczy, coś jest nie tak ze mną. A raczej z moim zdrówkiem... W nocy byłem bardzo niespokojny, miałem odruchy wymiotne. Pani nawet wstała, żeby mnie pogłaskać i uspokoić. Powiedziała, że jak muszę, to mogę spokojnie zwymiotować, ona posprząta. Ale mnie tylko męczyło takie straszne odbijanie... No a rano nie miałem siły iść na spacer. Pan najpierw wyszedł z Sonia, a dopiero potem ze mną. Musiał mi pomóc zejść po schodach, a potem po nich wejść. Na spacerku, zresztą bardzo krótkim, bardzo się słaniałem. Tak, jakbym nie umiał stać prosto:( A jak wróciłem do domku, okazało się, ze nie mam apetytu. To wręcz nieprawdopodobne: wczoraj mogłem jeść bez przerwy i cały czas miałem na to ochotę, a dziś ani mi się nie chce, ani nawet nie mam siły. Za to strasznie dużo rano piłem. No i Pan i Pani się zestresowali i umówili mnie na wizytę do weterynarza - jedziemy tam za godzinkę...

W odwiedzinach

25 czerwca 2011r. Dziś Pani zabrała mnie i Małego M. w odwiedziny do Dziadków i Rodziców. Chciała się mną pochwalić:) Dziadkowie mieszkają na 3 piętrze, więc miałem do pokonania sporo schodów, ale udało się. No i jechałem samochodem: najpierw z przodu, ale przeszkadzałem Pani w zmianie biegów, więc przesadziła mnie na tył, tzn. Mały M. został posadzony na siedzeniu pasażera, natomiast ja, po wielu prośbach, groźbach i szturchnięciach, wdrapałem się na tylne siedzenie (w zasadzie Pani mnie tam wciągnęła). Nie powinienem narzekać, miałem całą kanapę dla siebie, ale nie umiem się przekonać do jazdy samochodem... No a Dziadkowie, gdy mnie zobaczyli, stwierdzili, że Pani już całkiem zwariowała... Ale wizyta się udała, skubnąłem nawet trochę słodyczy - Babcia nie mogła się oprzeć mojemu proszącemu spojrzeniu:)
U Rodziców też było fajnie. Mają kawałek ogródka i też pieska. To sznaucer miniaturka, zwie się Rocky. Trochę się złościł, bo Pani rzucała mi Jego zabawkę-świnkę. Tak więc Pani rzucała świnką, a ja aportowałem. Bardzo to lubię. Pani ostatnio kupiła i mi, i Sonii takie pomarańczowe bumerangi do aportowania i teraz, jak wychodzimy razem na spacer, to biegamy za swoimi zabawkami. Jak już złapię taką zabawkę (czy nawet patyk), to lubię ją podrzucać:) Wygląda to tak, jakby zabawka mi uciekała, a ja dalej ją wtedy gonię. Pani przez chwilę filmowała tę naszą zabawę. Powiedziała, że umieści filmik na moim blogu, jak tylko nauczy się to robić:)

piątek, 24 czerwca 2011

Sonia

ONka SONIA
Pomyślałem sobie, że trochę Wam o Sonii opowiem. Bo to też ONka po przejściach...
Otóż 7 lat temu Pan i Pani postanowili kupić sobie pieska. A że Pan postawił warunek "albo ONek, albo nic", Pani szybciutko przewertowała gazety i znalazła ogłoszenie o szczeniaczkach ONkach. Pojechali następnego dnia. Pan uparł się na małą zadziorną sunię, którą - z niewiadomego powodu - "hodowca" bardzo odradzał. I tak Sonia zamieszkała w Domku. I już dzień później zaczęły się problemy. Najpierw ze skórą: straszny świąd, drapanie się, gryzienie, piski. Gdy udało się to opanować (lekami), zwariował układ pokarmowy. Sonia miała ciągle biegunki. Gdy poradzili sobie z jelitami, wróciły problemy ze skórą. I tak na okrągło: zmiany leków, poszukiwanie odpowiednich karm, zmiana weterynarza. Skóra, nie dość, że swędziała, to nie chciała się goić... Weterynarz włączył sterydy... Wtedy się uspokoiło. Niestety, nie na długo...
Sonia miała bardzo długi (ponoć za długi) ogonek. A po tych wszystkich przejściach był on prawie łysy. Ale Sonii nie przeszkadzało to w okazywaniu niesamowitej radości na widok Pani i Pana, i tłukła tym ogonkiem ściany w wąskim korytarzu. W końcu ogonek nie wytrzymał i na końcu pękł. Ściany wyglądały, jakby je ktoś pochlapał czerwoną farbką, a ogonek nie chciał się goić. Wtedy Państwo podjęli decyzję o amputacji końcówki ogonka. I tak się stało. Ogon szybciutko (ponoć za szybko) się zagoił. Równie szybko pękł znowu i tym razem nie udało się go uratować. Dlatego Sonia jest ONkiem bez ogonka. Ale i tak jest śliczna;)
Jeszcze z ogonkiem
Czas, w którym Sonia cieszyła się pełnią zdrowia, nie mógł trwać długo. Trzy lata temu zaatakowało wszystko: skóra - swędziała, robiły się rany na zmianę ze zwapnieniami spowodowanymi długotrwałym stosowanie sterydów, wypadała sierść, jelita - Sonia traciła apetyt, stawy - przestawała chodzić (Pan musiał nosić ją po schodach)... Państwo podjęli decyzję o kolejnej zmianie weterynarza. Badania wykazały 3 litry płynu w brzuchu, wątrobę do przeszczepu i miazgę zamiast lewego tylnego stawu kolanowego. I zaczęła się walka. Zastrzyki, tabletki, ściąganie płynu ze stawu kolanowego. I cud... 4 tygodnie później badania kontrolne pokazały: brak płynu w brzuchu, wskaźniki wątrobowe w normie, brak stanu zapalnego w stawie kolanowym. Chciałoby się rzec: ta to ma chęć do życia... Ale to Pani i Pan o nią walczyli. I wywalczyli. Choć Sonia nie ma ogona, kuleje i ciągle dostaje środki przeciwbólowe i przeciwświądowe, jest przeradosną, przekochaną sunią, która mimo 7 lat na karku wciąż zachowuje się jak 7-miesięczne szczenię.
I dzięki temu teraz RAZEM gonimy za patykami, które na spacerach rzuca nam Pan albo Pani. I oboje bardzo to lubimy:)
P.S. Ale szczeniaczków z tego nie będzie;) Za starzy jesteśmy na takie atrakcje;)

Prawnie mam już właścicieli:)

18 czerwca 2011r. Dziś odwiedziliśmy Psitula. Pani podpisała umowę adopcyjną i od dzisiaj mam już prawnie właścicieli. Chociaż Pani woli mówić, że należę do Rodzinki. Tak faktycznie jest przyjemniej:) Nie jestem niczyją własnością, jestem już PEŁNOPRAWNYM członkiem Rodzinki. Wszystkim swoim towarzyszom niedoli w Psitulu życzę takich Rodzinek...
No i mnie zaczipowali... Oj, jak ja nie lubię strzykawek... Ale już po bólu i strachu. Teraz, jeśli się zgubię (nie zamierzam tego robić), albo ktoś będzie próbował mnie sobie przywłaszczyć (nie dam się łatwo!), mój własny czip pokaże, że mam swoją Panią i Pana, mam swoją Rodzinkę!
W bagażniku
A potem była wpadka... Znów pokazałem Panu ząbki... A nawet lekko wbiłem je w Jego rękę:( Ale próbowali mnie włożyć do bagażnika... Autko nie małe, Sonia w bagażniku, dla mnie miejsce też było, a jednak... Pani chciałaby wiedzieć, czy pokazałem ząbki z bólu, czy może mam jakieś straszne wspomnienia związane z jazdą w bagażniku... A ja nie mam jak powiedzieć Jej prawdy... Czemu Psy nie mówią ludzkim głosem?
Skończyło się tym, że za kierownicą usiadł Pan, ja zająłem miejsce pasażera, Pani i Mały M. usiedli z tyłu, a Sonia miała cały bagażnik dla siebie. Trochę mi głupio... Może będę się musiał przyzwyczaić do tego bagażnika...

czwartek, 23 czerwca 2011

Biegunka...

13 czerwca 2011r. I stało się, mój żołądek nie wytrzymał i przestałem kontrolować swoje śmierdzące potrzeby... Gdy Pani wstała w nocy, żeby po mnie posprzątać, położyłem się na dywanie i na Nią patrzyłem. I to chyba nie było dobre, bo chciałem jej powiedzieć, że to przypadek, że ja nie chciałem, że to jakaś choroba, wirus, stres, nowa karma, której nie znam, wszystko razem. A Pani wyczytała w moich oczach, że się jej nie boję, że nie dam sobie zrobić krzywdy, że będę się bronił, bo jestem duży, silny, zły, najważniejszy. No i do tego przywłaszczyłem sobie dywan, który został kupiony dla Sonii. I Pani się wystraszyła. I znów zaczęła mieć wątpliwości... Do tego Pan z wrażliwym nosem i moja biegunka...
Rano, gdy wstaliśmy, było wszystko w porządku. Nikt jeszcze nie wiedział, jak będzie wyglądał dzień... A był straszny...
Gdy Pani wróciła z pracy do domu, cały pokój był zapaskudzony. Przepraszam, wtedy nad tym nie panowałem... A Pani, bardziej niż brudną podłogą, przejęła się tym, ile wytrzymają sąsiedzi, bo śmierdziało w całej klatce... I posprzątała. I powiedziała, że sobie z tym poradzimy. I, zamiast podjechać do Psitula podpisać umowę adopcyjną, pojechaliśmy do weterynarza. Dostałem kilka zastrzyków i przykazanie, że jutro też trzeba przyjechać. A ja tak nie lubię weterynarzy... Strasznie warczałem i pokazywałem ząbki, więc Pani, bez mrugnięcia okiem, założyła mi kaganiec (to dobrze, że nie ufa obcym psom, przecież ja tak naprawdę jestem obcy) i powiedziała, że Sonia u weterynarza zachowuje się jeszcze gorzej. Więc poczułem się rozgrzeszony i odetchnąłem z ulgą...
A biegunka trwała jeszcze 2 dni, ale przestałem paskudzić w Domku i puszczać śmierdzące bączki;)

Wrócił Mały M.

11 czerwca 2011r. Dziś z kilkudniowego wyjazdu wrócił do Domu Synek Pani i Pana, 5-letni Mały M. Wiem, że Pani obawiała się, jak zareaguję na obecność Dziecka w Domku. A ja przecież jestem bardzo spokojny, nigdy nie miałem złych doświadczeń z małymi ludźmi. Tylko że Pani i Pan tego nie wiedzą, przecież nikt nie mógł im tego powiedzieć... Nikt, poza mną, nie zna mojej historii. Bo kto miałby ją opowiedzieć? Wiem, że Pani bardzo chciała by wiedzieć, co takiego się wydarzyło, że znalazłem się w Psitulu, ale ja jej tego nie powiem... Nikt jej, niestety, tego nie powie...
Bardzo mądry jest Mały M. Gdy Pani powiedziała, że musi być przy mnie bardzo ostrożny, bo jeszcze nie wiedzą, jak reaguję na dzieci, Mały M. nie podchodził za blisko i mnie nie zaczepiał, chyba że któreś z Rodziców było obok. To jest niesamowite, że tak bardzo szanują moje zamiłowanie do spokoju...
Jest jeszcze jedna niewiadoma: Mały M. jest alergikiem. Muszę mieć nadzieję, że moja sierść nie okaże się problemem...

Podjęli decyzję...

10 czerwca 2011r. Pani wciąż wracała do mojego profilu na portalu ogłoszeniowym. Po śniadaniu (Państwo mieli wtedy urlop), po rozpatrzeniu wielu "za" i wielu "przeciw", po walce na argumenty i ich wzajemnym zbijaniu Pan powiedział "to jedziemy". I przyjechali do Psitula. Wzięli ze sobą oczywiście Sonię, bo głównym warunkiem mojego przyjęcia do Rodziny była akceptacja ze strony pierwszego ONka w Domu. Moja Opiekunka wyprowadziła mnie na smyczy za schroniskowy płot. Mnie jednak było wszystko jedno... Już nie wierzyłem, że ktoś mnie zauważy, że ktoś mnie pokocha, że będę miał Dom... Oglądali mnie, wołali, głaskali... A ja tak bardzo chciałem wrócić na "swój" kawałek podłogi w schronisku... I jeszcze Sonia, zazdrosna, próbująca pokazać, że miejsce przy Pani i Panu należy tylko do Niej. Czułem, że Państwem targają wątpliwości... I wtedy Pan powiedział: "dość tego zastanawiania, wsiadamy, Misiek, do auta i jedziemy do Domu". Ale nie podpisali jeszcze adopcji, chcieli mieć pewność, że Sonia zaakceptuje moją obecność w Domu...
Dom... Bałem się sam gdziekolwiek ruszyć i zajrzeć. Wyłożyłem się więc na balkonie i tam spędziłem kilka godzin. Pani i Pan zaczęli mnie czesać. Oj, strasznie wyglądało to moje futerko. A jakie było brudne, skołtunione... Pani i Pan cierpliwie je szczotkowali, aż zaczęło mi to sprawiać ból i zacząłem się niecierpliwić. I pokazałem ząbki. "A jeśli on będzie agresywny?". Nie chciałem być agresywny! Nie jestem agresywny! Muszę się opanować... Ale to Pani wpadła na pomysł, jak mi pokazać, że się mnie nie boi: gdy kolejny raz przy czesaniu pokazałem ząbki, po prostu włożyła rękę do mojego pyska i powiedziała: "no gryź, gryź, jak jesteś taki zły". I się zdziwiłem trochę. No bo przecież nie chciałem nikogo gryźć, chciałem tylko pokazać moje zniecierpliwienie. Teraz po prostu wstaję i odchodzę, i Pani to szanuje.
Sonia. Pokazała mi, że to Ona rządzi, gdy podszedłem do miski. Ale Państwo szybko jej wytłumaczyli, że teraz mieszkam z Nimi i Ona musi ten fakt zaakceptować. Jeszcze nie mogę w to uwierzyć...
Do tego mój brzuszek zaczął się buntować i strasznie boję się, że zapaskudzę Domek...

Ponoć wtedy się zaczęło...

8 czerwca 2011r. Prawdopodobnie już wtedy odmienił się mój los... Pani od kilku dni myślała o tym, żeby odwiedzić pewien portal ogłoszeniowy, który akurat wtedy wciąż pojawiał się w reklamach radiowych i telewizyjnych. I wieczorem to zrobiła. Gdy wpisała województwo i miasto, jako jedno z pierwszych pojawiło się moje zdjęcie. I tekst: Nami, piękny długowłosy ONek do pokochania od zaraz. Otworzyła stronkę i pokazała Panu. "Może by tak sprawić Soni kolegę?".