sobota, 2 kwietnia 2016

Nie mam wyjścia...

SUNIA PILNIE SZUKA NOWEGO DOMKU

Sunia ma na imię Bahia.
Ma ok. 6 lat. 
Jest mieszańcem w typie 
owczarka niemieckiego. 
Jest wysterylizowana
i zachipowana. Ostatnie lata
przebywała w mieszkaniu
w bloku, zachowuje czystość,
nie niszczy, niepotrzebnie nie
robi hałasu (sąsiedzi nigdy się
nie skarżyli). Uwielbia zabawy,
sznurki, patyki, piłeczki.
Mieszkała z dziećmi; swoim nigdy nie zrobiła krzywdy, o obce bywała zazdrosna. Ze względu na alergię powinna być karmiona suchą karmą. Z innymi psami zazwyczaj się dogadywała, choć jest typem lubiącym dominować. Jest bardzo strachliwa. Boi się nagłych dźwięków i gwałtownych ruchów, przejeżdżających samochodów i autobusów. Po usłyszeniu pisku cofającej śmieciarki nie da się wyprowadzić na spacer. W ostatnim czasie wychodziła na spacery 2 razy dziennie: rano szybko, tylko na siusianie, późnym wieczorem na dłuższy, spokojny spacer.

Muszę znaleźć jej dom ze względu na bardzo trudną sytuację życiową, w jakiej się znalazłam.

Gdybyś był zainteresowany adopcją naszej suni, zadzwoń:

666 200 933

niedziela, 29 marca 2015

Nie dość, że żyję, to...

Tak, ten kawałek futra na tym niebieskim blacie, to ja. Ale, ale... Bez paniki, nic się nie dzieje. Postanowiłam dać trochę siebie innym, a że trafiła się okazja...
Trochę się bałam, no bo jak... Zresztą ostatnio znowu nasiliły się te moje fobie i najchętniej siedziałabym w domku, zwinięta w swoim kącie, i nawet na spacer nie wychodziła... Tak, to moje takie marzenie ostatnio - móc nie wychodzić na spacer. Tam ciągle auta, śmieciarki, autobusy przejeżdżają, a ja się ich tak panicznie boję...
Tym razem pozwoliłam się zabrać do lecznicy, żeby oddać krew. Taka akcja była... Dlatego położyli mnie na tym stole. Fajni ludzie. Nie chcieli nawet, na wszelki wypadek, założyć mi kagańca. Odważni, co? A ja, tak naprawdę, byłam tak przerażona, że przez myśl mi  nie przeszło szczerzyć zęby czy warczeć... Nie bolało, choć potem czułam się jakoś tak... dziwnie... Jakby mi ktoś jakąś pałką w łeb dał... Ale chustę piękną przywiesili mi do obroży. Taką czerwoną z żółtym napisem "ratuję życie". Gdyby nie ten mój strach przed spacerami, mogłabym dumnie przechadzać się po osiedlu, prezentować tę piękną chustę i dawać przykład innym... A tak? Spacerki ultrakrótkie (siusiu pod krzaczek i pędem do domku),, więc chusta wisi na kołku, bo przecież nikt nie zdąży nawet jej zauważyć...

No i jeszcze prezentacja w samochodzie. Przecież nie szłam do lecznicy na łapkach, bo to tyle ulic, samochodów, autobusów, strasznych dźwięków i jeszcze tory kolejowe... Co to, to nie. Może i boję się samochodów, ale jeździć nimi nawet lubię. Co prawda Pan śmiał się potem, że się bał, że mu wszystkie śrubki z auta powypadają, ponoć tak się trzęsłam, ale co tam: wsiadłam, dojechałam do lecznicy i z niej wróciłam. Oczywiście z piękną chustą przywiązaną do obroży, medalikiem upamiętniającym tę wzniosłą chwilę i paczką wartościowej karmy (której pochłonięcie miało mi pomóc odzyskać siły po tym, jak wypompowali ze mnie 300ml krwi...).
Na szczęście udało mi się w domku odpocząć kilka godzin, zanim wrócił Kosmita. Bo jak ten sobie o mnie przypomni... Albo najdzie go ochota na zabawy ze mną... Albo na czułości... Wtedy najchętniej wlazłabym pod szafę i udawała, że mnie nie ma:)
                                     

sobota, 10 maja 2014

Miało być o mnie...

   Tylko co ja o sobie mam pisać? Wiem, że blog jest psi, ale moje psie życie łączy się ostatnio z życiem Kosmity. I to tak dość mocno. Oczywiście absolutnie nie narzekam na tę sytuację. W zasadzie to dzięki Kosmicie Pańcia jest od roku w domku i nie spędzam całych dni sama... Ale tak żeby tylko o sobie? Nie wiem...
   Mogę, na przykład, pochwalić się, że dałam ostatnio wyciągnąć sobie dwa kleszcze. Oba z pyska. Jeden wbił się między oczami, drugi pod prawym ślipiem. Pan wziął pincetę i wyciągnął pasożyty. Nie bolało:) Tylko nie wiem, czy posiadanie przez psa kleszczy korzystnie świadczy o Pańci i Panu? W każdym bądź razie zaraz po pozbyciu się pasożytów zostałam skropiona jakimś świństwem i od tego czasu całe to robactwo trzyma się ode mnie z daleka...
   Odwiedziłam też kilka razy weterynarza. Nie lubię tam jeździć. Pańcia zakłada mi kaganiec, a ja ze strachu robię się sztywna (dosłownie) i się ze mnie śmieją... Nie lubię kagańca, ale się Pańci nie dziwię. Weterynarzowi też nie... Od czasu, gdy pokazałam ząbki przy jakimś zastrzyku, nikt tam do mnie inaczej nie podejdzie... Wiadomo, każdy zwierz taki gabinet odwiedzić czasem musi. Przede wszystkim w celu zaszczepienia się. Ale też czasami z powodu choroby. Mi się przytrafiło paskudne, grzybicze zapalenie ucha, więc męczyli mnie jakimiś czyszczeniami i serią zastrzyków. Ale było-minęło, koniec z przykrymi wspomnieniami.
   W kwietniu, pewnej słonecznej soboty, Pan zabrał mnie za to na całe popołudnie i wieczór do domu swojego Taty. Poszalałam tam w ogródku i wycyganiłam trochę smakołyków. A dlaczego? Bo Mały M. zapragnął zorganizować urodzinową imprezę i zaprosić kolegów. A że ja nie przepadam za dziećmi spoza naszego stada Pańcia nie chciała wystawiać na próbę mojej cierpliwości. Ponoć impreza była przednia, ale ja nie żałuję swojej na niej nieobecności.
   Natomiast w lutym miałam przyjemność spędzić dzień w bardzo sympatycznym hoteliku. Dla odmiany z powodu Kosmity - miał chrzciny i zjechało się ponoć sporo osób z bliższej i dalszej rodzinki, mniej lub bardziej mi znanych i w związku z tym Pańcia zdecydowała o mojej ewakuacji. Tak, ewakuacja to w tym przypadku bardzo dobre słowo. Oszczędziła stresu mi, sobie i jeszcze pewnie kilku osobom niekoniecznie przepadającym za takimi dużymi, szalejącymi sukami, do jakich z pewnością się zaliczam:) Pan przyjechał po mnie późnym wieczorem, bo nie chciał, żebym noc spędzała poza domem. Ani ja, ani Pańcia, do dzisiaj nie wiemy, dlaczego?... Tak więc przyjechał. I musiał mnie trochę prosić, bo ja wcale nie chciałam tak szybko wracać... W hoteliku mają fajny plac do szaleństw, no i było akurat fajne towarzystwo... Ale cóż, dom to dom, w końcu dałam się przekonać...
   I alergia. Wszystko wskazuje na to, że poza suchym żarciem, które dostaję od Pańci, nie powinnam jeść nic innego. Bo jak tylko coś podkradnę, albo Pan mi przemyci, koszmarnie swędzą mnie łapy. Muszę je cały czas ślinić i gryźć, żeby wytrzymać to straszne swędzenie. Czasem wokół tych łap aż się kałuże robią:( No i Pańcia wymyśliła, że jestem alergiczką. I faktycznie, jak jem tylko suche żarcie i totalnie jest to przestrzegane, nie mam problemu z tymi łapami. A jak tylko Pan się nade mną zlituje i coś mi podrzuci, zaraz zdradzają nas moje łapy. I się Pańcia potem oburza i Pan dostaje burę. Więc się obawiam, że się Pan kiedyś podda i zgodzi z Pańcią, i skończy się potajemne podjadanie:(
   A odnośnie tych kałuż, przypomniało mi się, że mam jeszcze jeden problem. Weterynarz się śmiał, że Pańcia i Pan to mają jakiegoś pecha do zdrowia swoich zwierzaków (w nawiązaniu do Sonii i Namisia). Mówimy oczywiście o przewlekłych świństwach. Trochę mi wstyd, ale to przecież nie moja wina... Nagle zaczęłam siusiać pod siebie. Pańcia się strasznie wystraszyła, na dworze podstawiła kubeczek i złapała trochę moich siuśków, i pojechała z tym do weterynarza. Ale z siuśkami wszystko było w porządku. I weterynarz wymyślił, że może to być posterylizacyjne, hormonalne nietrzymanie moczu (ponoć często zdarza się u dużych suk). Zalecił tabletki hormonalne. I od czasu, gdy Pańcia co drugi dzień wrzuca mi do gardła (prawie dosłownie, bo przecież dobrowolnie nie połknę) taką małą tabletkę, problem się nie pojawia. Pańcia odetchnęła z ulgą. Ja też...
   A teraz trzeba iść spać. To znaczy - Pańcia idzie spać. Ja muszę obudzić Pana, żeby zabrał mnie na spacerek:) W każdym bądź razie - dobranoc:-)

Podłogowo

Jak już dorwałyśmy komputer, to się trochę rozpiszemy. I wrzucimy jakieś fotki. Bo od czasu, gdy pojawił się Kosmita, Pańcia zawsze ma pod ręką aparat...
Zapomniałam dodać najważniejsze - Pańcia ma czas tylko wtedy, gdy Kosmita przyśnie. A przed chwilą właśnie się obudził. Więc nie wiem, kiedy skończymy ten wpis... Na szczęście zasnął Pan, więc nie wykorzysta chwili i nie podsiądzie nas przy komputerze...


Tytuł posta świadczy o tym, że przeniesiemy się na podłogę. Dlaczego tam? Bo na podłodze są najlepsze zabawy:) Odkąd Kosmita "zszedł na psy" (łazi na czterech łapkach, jak na szczeniaka przystało), prawie całe dnie spędza na podłodze. Ze mną, oczywiście:)

Jak już wspominałam, miłość jest wzajemna. Ja, nie ukrywając, korzystam z każdej okazji, żeby te moje uczucia okazać i wylizać szczeniaka, on za to, gdy tylko się oddalę, włącza piąty bieg i próbuje na przykład oskubać mi ogon:) Nie rozumiem tylko dlaczego w takich chwilach Pańcia wciąż na nas buczy...:) Chyba już wystarczająco jej udowodniłam, że z kim, jak z kim, ale ze mną Kosmita jest bezpieczny:) I szczęśliwy:)

Nadal tu jestem:)

A czas ucieka... Biegnie tak szybko, że nawet ja nie potrafię go dogonić i zatrzymać. Teraz już nie tylko Pańcia siedzi w domku, Pan od dwóch miesięcy też. A jak Pan jest w domku, to nie ma szans, żebyśmy się z Pańcią dostały na dłuższą chwilę do komputera. Pisząc "na dłuższą chwilę" mam na myśli czas, w którym można zajrzeć na bloga, wrzucić jakieś ciekawe zdjęcia, napisać kilka zdań... No i jeśli w domu są wszyscy, to ciągle coś się dzieje. A od momentu pojawienia się w domu Kosmity, coraz trudniej tu odpocząć, więc trzeba wykorzystywać każdy moment.


Muszę przyznać, że Kosmita jest jednak fajny. Taki mały, pocieszny szczeniak. I chyba mnie uwielbia, bo, jak tylko pojawię się w zasięgu jego wzroku, to śmieje się w głos, jak głupi do sera:) Nie ma co ukrywać, jest to miłość wzajemna.

Oczywiście, jak już trochę podrósł i wyciągnęli go z kołyski, Pan testował moją cierpliwość. Tak, jakby nie wiedzieli, że stado jest dla mnie najważniejsze, a szczeniakom krzywdy przecież nie zrobię. Choć wiem, że Pańcia strasznie się tego obawiała, bo zdecydowanie nie darzę sympatią kolegów Małego M. Ale przecież koledzy są, jakby nie było, obcy, do mojego stada nie należą. A Kosmita jak najbardziej należy.

piątek, 15 listopada 2013

A czas ucieka...

Oj, kiedy tu ostatnio zaglądaliśmy? Strasznie dawno. Ale, prawdę mówiąc, nie było kiedy... Pańcia cały sierpień wyglądała jak chodząca piłeczka i w zasadzie więcej leżała  niż chodziła, bo upały dawały się jej, i nie tylko jej, we znaki... A teraz mamy już listopad... Czas ucieka, przelatuje przez pazurki, wszystko się zmienia... No, może nie wszystko, ale zmieniło się trochę. Pańcia siedzi cały czas w domku, więc nie jestem sama. No i jest jeszcze ten nowy członek Rodziny :) Nic, tylko śpi, płacze, przykleja się do Pańci. Oj, bywam zazdrosna, ale cóż mogę, przecież to tylko szczeniak...

Szczeniak, nie szczeniak, ważny, nie ważny, rozumie, nie rozumie, ja też muszę czasem zwrócić jakoś na siebie uwagę. A najlepszym sposobem jest... drobna kradzież;) Dostaje mi się potem po uszach, ale co się mnie nagonią, to moje:) Taka fajna zabawa: kradnę, daję o tym znać (Pańcia już nauczyła się rozpoznawać sygnały i natychmiast wie, że coś zwinęłam) i uciekam. A oni tylko grożą palcem i powtarzają: "nie wolno, nie wolno" :) Tak, jakbym nie wiedziała, że nie wolno. Pewnie, że wiem, że nie wolno, głupia nie jestem :) Ale podkradanie to mam chyba we krwi... I ile z tego przyjemności:) Zwinęłam już kilka oszustów (czyt. smoczków) no i notorycznie kradnę ubranka i pieluszki (flanelowe). Zużytych pampersów Pańcia niestety baaaardzo pilnuje:( A tak fajnie pachną... I pewnie fajnie by się darły...

Szczeniak lub, jak kto woli, Kosmita ma już 2 miesiące. Teraz zabawa polega na tym, żeby go dopaść, wylizać i uciec, zanim się Pańcia zorientuje. Tupią wtedy na mnie, odganiają, buczą. No przecież mam prawo się przywitać, prawda? Albo po prostu dołożyć swoją porcję czułości:)
Kosmita za to śpi coraz mniej i zaczyna wydawać jakieś dziwne dźwięki nie będące wrzaskiem. Tylko jak je zrozumieć? Czy mu tak już zostanie? Trzeba będzie uczyć się kolejnego języka? Czasem nie ogarniam tego szczeniaka...

No i muszę się pochwalić:) Choć pewnie i Pan, i Pańcia tak by tego nie ujęli... Tyle zostało z mojego posłania:) Ale fajnie się darło:) Najpierw pazurami podkopywałam i podkopywałam, aż naderwałam materiał i mogłam go złapać zębami, a potem szarpałam i szarpałam, i tak kawałek po kawałku darłam... Jak Pańcia sprzątnęła to, co wydarłam, to wydzierałam nowe:) Aż nie zostało już nic do wydzierania:( Z posłania też nie zostało wiele:( Zabrali, wynieśli, wyrzucili:( Ponoć sama jestem sobie winna, że nie mam gdzie się teraz wyłożyć, nie mam gdzie zanieść sznurka... Jak się dobiorę do zasłonek to też będę sama sobie winna, że nie będę miała się za czym chować? Jednak za zasłonki to bym pewnie nie tylko po uszach dostała... Trzeba sprawę przemyśleć...

sobota, 20 lipca 2013

Szykują się zmiany...

Zaczęło się od tego, że od kwietnia Pańcia siedzi w domku. To znaczy, niby pracuje, ale jest na zwolnieniu... Na początku mnie to wkurzało. Dotąd miałam przez cały dzień spokój, mogłam spać i nikt mi nie przeszkadzał. A tu nagle ciągle ktoś się kręci i mnie drażni. Chwilę mi zajęło przyzwyczajenie się do tej sytuacji. No i ledwo przyzwyczaiłam się do obecności w domku Pańci, zaczęły się wakacje i Mały M. również jest w domku. Skończył edukację przedszkolną i ponoć 1 września zaczyna naukę w szkole... Ok, to można zrozumieć i przeżyć, taka kolej rzeczy. Ale w pewnym momencie zaczęły się dziać inne rzeczy: jakieś malowania, sprzątania, przemeblowania... Najwcześniej zmienili wygląd balkonu, to znaczy zabudowali deskami te fajne szczebelki, przez które wszystko widziałam, zawiesili skrzynki i zasadzili jakieś kwiatki. No i musiałam nauczyć się stać na tylnych łapach, żeby cokolwiek zobaczyć. A że muszę widzieć dużo, szczególnie, gdy Mały M. biega po podwórku, spędzam w tej pozycji trochę czasu...
Potem było malowanie sypialni, przestawianie mebli, porządki w szafach... Kolejny był duży pokój...
Oj, wszystko pomyliłam! Najpierw, tak naprawdę najpierw, czyli jeszcze pod koniec zeszłego roku był remont pokoju Małego M. Powiesili mu łóżko na ścianie, zamontowali drabinkę i teraz nie mam już jak go dosięgnąć, szturchnąć, polizać czy obudzić... Potem był balkon, sypialnia, duży pokój... Ponoć jeszcze przedpokoje będą malowane, kuchnia i sufit w łazience... Oj, żeby oni wiedzieli, ile mnie stresu to wszystko kosztuje...
A najlepsze ponoć przede mną i to już całkiem niedługo... Ponoć będę miała jeszcze jednego Pana! Trochę dużo tych facetów w domu będzie... Ale ponoć ten, który się pojawi, to najpierw będzie bardzo mały, czyli tak, jak szczeniak, więc może przynajmniej ten da się jakoś wychować?...

Obrazek

Narysowany przez Małego M. Już jakiś czas temu, na jego własnym komputerze. Pańcia zrobiła zdjęcie, a Mały M. poprosił o umieszczenie rysunku na moim blogu.
A ja nie mam nic przeciwko, bo przecież na tym rysunku jestem JA :) Przecież to widać na pierszy rzut oka :)

Takie tam...

Żeby nie było, coś ponadrabiam...
Niewiele się u mnie zmieniło, jeśli chodzi o ulubione zabawki... Piłeczki i ukochany sznurek :) Przede wszystkim - sznurek.
Ale nie taki kolorowy ze sklepu zoologicznego, który po pierwszym szarpnięciu uległby rozpadowi na części pierwsze. Taki porządny, gruby, ze sklepu budowlanego:) Pan kiedyś kupił, jak robił drabinkę Małemu M. do wspinanania się na łóżko. I kawałek mu został. Więc zrobił pentlę, porządny węzeł i mi sprezentował. I ja tak teraz uwielbiam przegryzać ten sznurek, ciamkać, mlaskać, ślinić...
Więc w zasadzie mam go cały czas przy sobie, taszczę go wszędzie tam, gdzie zamierzam się położyć, odreagowuję na nim wszystkie stresy... I czasem zachęcam Pana lub Pańcię do zabawy machając nim na wszystkie strony z taką siłą, że potrafię strącić coś ze stołu, wepchnąć go do talerza czy nabić wielkiego siniaka... Ciekawe dlaczego zawsze wtedy wszyscy mnie przeganiają???

Testują oczywiście na mnie wszelkie dziwne urządzenia. To znaczy, sprawdzają moją reakcję na różne dziwne urządzenia. Na przykład: wiertarka. Postawili i czekali, co zrobię. Obwąchałam, oblizałam, olałam... Ale wolałam ją mieć cały czas na oku, tak na wszelki wypadek, bo to przecież nigdy nie wiadomo, co nagle psa zaatakuje... Był też wentylator. Niestety, zdjęcie nie wyszło. No ale on przerażał mnie trochę bardziej i trochę dłużej niż wiertarka. Ale w końcu się przyzwyczaiłam. Przy takich upałach położyć się w zasięgu obrotów takiego wentylatora - bezcenne:)
Jest jeszcze jedno urządzenie, Pan przynosi je z pracy. To jakiś miernik, nie wiem, nie znam się, ale najważniejsze - ma laser!!! Czerwone światełko, punkcik, kropeczka, która skacze po podłodze, ścianach, meblach, suficie, a ja ganiam za nią jak głupia. Nie myślę wtedy o niczym innym, całkowicie skupiam się na tej uciekającej kropeczce, której nie można złapać:) Ale ile frajdy w próbowaniu:) A ile razy z rozpędu rozpłaszczyłam na ścianie nos:) Co najmniej kilkadziesiąt:)
Myślę, że to właśnie ta kropeczka uratowała moje zestresowane serducho w Sylwestra. Gdy tylko wybiła północ i wystrzeliły pierwsze fajerwerki (Boże, ten odgłos jest straszny, a ja się ich panicznie boję), Pan zrobił "pik" i już nic więcej przez pół godziny się dla mnie nie liczyło. Trzeba było złapać kropeczkę! Tak się na tym skupiłam, że żadne wystrzały nie były mi już straszne. Miałam cel:) I w miarę bezstresowo weszłam w ten Nowy Rok:)
A teraz tylko czekam, aż Pan znowu przyniesie laserek do domku:)

Posłanie

No dobra, proszę nie narzekać, że dawno mnie tu nie było. Jestem dziś, więc żyję i w zasadzie wszystko u mnie w porządku. W zasadzie... Nie wiem, czy chcę się rozpisywać, co to się działo przez ostatnie kilka miesięcy (nieh nikt nie marudzi, że to prawie rok). Działo się wiele, raz było gorzej, raz lepiej, ale najważniejsze, że skończyło się tak, jak się skończyło, czyli jest dobrze :)

Pragnę się przede wszystkim pochwalić swoim nowym posłaniem... Pan i Pańcia w końcu wymyślili (jakiś czas temu), że im mnie szkoda i trzeba mi zafundować jakiś dywanik, albo posłanko. A że koszt porównywalny, porównywalne również prawdopodobieństwo, że rozszarpię to legowisko tak, jak wiele innych rzeczy, w końcu Pańcia przyniosła je do domku. Ładne... Tylko, że dziwnie pachniało... Najpierw testowałam... Zniosłam wszystkie zabawki, postawiłam jedną łapę, potem drugą... Przez pierwsze dni coś mi nie pasowało... Ale jednej nocy wymyśliłam coś ekstra: zwróciłam kolację wprost na posłanie. Zjadłam oczywiście wszystko spowrotem ze smakiem, ale efekt był taki, jaki być powinien: w końcu moje posłanie zapachniało mną!!! :)

Tak więc mam swój kącik, mam swoje legowisko, które uwielbiam, i w którym chowam wszystkie swoje skarby. No i śpię w nim w ciągu dnia, bo w nocy to wolę spać bliżej Pańci i Pana, i jak już położą się do łóżka, to wkradam się do sypialni, kładę przy ich łóżku, i tam zasypiam:) Tak mi się jakoś wydaje, że w końcu wezmę to moje posłanie w zęby i pewniej pięknej nocy zaciągnę do sypialni. Ciekawe, co powiedzą?...


To posłanie ma jeszcze jeden wielki plus. Chociaż nie wiem, czy to posłanie, czy może kąt, w którym leży... W każdym bądź razie w tym kącie wisi gruba, długa zasłonka. I tak sobie wykombinowałam, że jak się dobrze pokręcę, zahaczę i ułożę, to mnie nie ma :) Niech sobie wtedy jeżdżą pod oknami duże samochody, niech cofają śmieciary - mnie nie ma!!! Widzicie mnie gdzieś tam?

sobota, 13 października 2012

Sobotnie...



W sobotę przede wszystkim słodkie lenistwo.   I można spokojnie pospać. Bo nie ma się czym martwić. Wszyscy w Domku, a to najważniejsze. Co wcale nie znaczy, że cały dzień przespałam! Co to - to nie!!!



Lubię, gdy wszyscy jesteśmy w Domku. Co prawda, przez ostatni miesiąc Pańcia siedziała w Domku razem ze mną, ale wszystko wskazuje na to, że już za kilka dni wróci do pracy. I znowu będę całe dnie sama. Ale dla mnie to nie problem, to raczej problem Pańci i Pana. Bo ja chowam się w łazience, przesypiam tych kilka godzin, a potem roznosi mnie energia. Kiedyś musi, prawda? A na dłuższy spacer, żeby się zmęczyć, nie dam się wyciągnąć. W ciągu dnia za dużo jest aut, drażnią mnie dźwięki, no cóż - po prostu się boję... Więc wpadam w szał wieczorami, gdy już wszyscy są w Domku i chcieliby odpocząć. Wtedy zaczyna się warczenie, szczekanie, podskoki i gonitwy.
Pan biega za mną po całym Domku    i woła: "na rączki, na rączki". No więc ja, nie chcąc wyglądać, jak na zdjęciu obok, robię uniki, wygibasy, zwroty     i przewroty, żeby tylko nie dać się złapać, ale - niestety - nie zawsze mi się to udaje. Brrrrrr......




Wiem za to, jak się odwdzięczyć:) Tak, to pomarańczowe, to nie pomarańczka:) To moja Piłka ukochana, którą zaczepiam i Pańcię, i Pana. Pańcia pstryknęła fotkę, gdy próbowałam tę piłkę wcisnąć Jej w aparat fotograficzny:) Bo jak chcę się bawić Piłeczką, to nie odpuszczam. Wpycham ją do rąk Pani czy Panu i nie mają wyjścia, muszą się ze mną poszarpać, posiłować się, w końcu rzucić, żebym mogła ją złapać. Lubię tak obserwować, jak się Pan zaczyna odprężać, kładzie na kanapie, zamyka oczy... wtedy jest ten najlepszy moment na "piłkowy atak". Przecież spałam cały dzień, sama w Domku... Muszę się kiedyś wyszaleć:)

środa, 10 października 2012

Konkurs


TUTAJ zapisujemy psy  do Konkursu KLIKNIJA wlazła dziś Pańcia na jakiegoś fajnego bloga i znalazła konkurs. I postanowiła - o zgrozo! - mnie zgłosić... Teraz przeszukuje galeriowe zasoby, żeby znaleźć TO zdjęcie.

Co zrobić, aby wziąć udział w konkursie ?
1. Na swoim blogu zamieścić:   
- baner z linkiem do Konkursu 
- wpis 
- informacja o konkursie 
- zdjęcie swojego psa biorącego udział w Konkursie. 
2. Na maila  klubkotajasna8@gmail.com  przysłać:
 - zdjęcie i imię psa biorącego udział w konkursie
 - jest to równoznaczne z pozwoleniem na wykorzystanie tego zdjęcia do celów konkursu
 - link do  swojego wpisu na blogu.
Czas przysyłania zgłoszeń  
do 12 października włącznie do godz. 20:00
Wszystko, co pozostałe i ważne znajdziecie po kliknięciu w baner:)

A tymczasem Pańcia znalazła fotki!!! 

Tutaj to Sonia i... Pan:) Ponoć zawsze miał skłonności do ekstremalnych zabaw.       I nawet, jak odeszła Sonia, Jemu nie przeszło...

I, jak widać na załączonym obrazku, nadal to lubi:) Ja zresztą też:) A poza tym uwielbiam konga, rolki z ręczniczków kuchennych   i papier toaletowy:)         No i piłeczkę:) 
A tak, swoją drogą, to nie wiem, czy takie zabawy są wskazane... A jeśli podnoszą poziom agresji? U Pana, oczywiście...

poniedziałek, 8 października 2012

Znajomości...

O tym to jeszcze nie miałam okazji pisać. Ale pomyślałam, że kilku czworonożnych przyjaciół mogę przedstawić:) To małe na zdjęciu obok, to Roki. Sznaucer brata Pańci. Czasem, jak Pańcia weźmie mnie do swoich Rodziców, to urządzamy sobie z Rokim mega gonitwy. Pozwolę sobie nie opisywać, jak potem wygląda ogródek (i mina Babci...). Zadziorne to małe, jak nie wiem co, ale i tak przy mnie wymięka:) Jeszcze w zeszłym roku poznałam dwa labradory mieszkające niedaleko. Niestety, nie mam zdjęć:(       A zaliczyliśmy kilka fajnych spacerków... Jeden z tych labradorów to Grześ, drugi - Bazyl. Ten drugi też miał niewesołe życie i masę szczęścia, że trafił do domku Grzesia. No a całkiem niedawno, jakoś tak w lecie, na spacerku z Panią, poznałam Mikiego. Takie małe, białe, ciekawskie, z ostrymi ząbkami... I wyszło, że jeszcze niedawno mieszkał w Psitulu, zwał się Merlin i nosił numer 8064 (tak przedstawił Go jego Pan). Ja już nie pamiętam, jaki miałam tam numer i mam nadzieję, że i Miki niedługo zapomni...


A ten niedźwiedź, to Jetsan. Pańcia wypatrzyła Go gdzieś w internecie i marudziła: "oj, jak piękny", "oj, jaki wielki", "oj, jaki śliczny", "oj, trzeba Go gdzieś spotkać"... I się udało:) Zabrała mnie na spacerek do lasu i tam spotkaliśmy Jetsana i Arniego (to ten mniejszy na dole). Muszę przyznać, mnie też się spodobał:) Nabiegaliśmy się tam trochę. Ja, oczywiście, mogłabym biegać jeszcze dłużej, ale Jetsan naprawdę jest wielki, ciężki i futrzasty, więc trzeba było trochę zwolnić i odpuścić. I napić się z jednej butelki:) Trochę mała była, jak na trzy szalone (w tym dwa nie małe) psy... Ale lepsze to, niż nic:)
Przy okazji zweryfikowałam swój pogląd na psie ADHD. Myślałam, że tylko ja mam, a tu taka niespodzianka:) Można z Nim (z Arnim, oczywiście) szaleć i szaleć aż do utraty tchu. A miałam ku temu okazję, bo w sierpniu Pańcia z Małym M. wyjechała nad morze (mam nadzieję, że w przyszłym roku weźmie mnie ze sobą), a Pan w tym czasie musiał wyjechać w delegację. No i zagościłam w domu Naklejki, pani Jetsana i Arniego. Szkoda, że nie widziała nas Pańcia... Nawet latać się uczyliśmy z Arnim:) Fajny kumpel z Niego. A jaki wyszkolony:) Ja się tak nie dam... Żeby za każdym razem słuchać Pani i Pana? Co to byłoby za życie? A tak? Wolność... I nie będę się kładła, gdy Pańcia powie "leżeć". I niech ze mną ćwiczy tak długo, jak chce. Ja się nie poddam! Nie dam się ubezwłasnowolnić!!! ;)

Foteczki

Witam:) Schowałam się za fotelem, bo Pańcia lata za mną z aparatem i ciągle robi zdjęcia. A pozowanie jest takie męczące... Do tego zepsuła się pogoda i chyba nie zanosi się na spacer w najbliższej przyszłości... Pada:( A jak pada, to się ziewa, więc trzeba by wskoczyć do łóżeczka.                                                    Najlepiej w sypialni:) Szeroko ziewam, prawda?

Mam taki mały kącik. Jest mój i tylko mój. Kiedyś
leżał tam dywanik,  potem ręcznik, ale... tak fajnie się darły:) No to teraz mam, jak chciałam, czyli gołe panele. A w łapkach trzymam pluszowego osiołka, którego przed chwilą zwinęłam z pokoju Małego:) Położyłam go tak, żeby wszyscy widzieli, żeby ktoś mnie w końcu pogonił, a co zrobiła Pańcia? Złapała aparat i zaczęła robić zdjęcia... Co ja z Nią mam...


A taka pozycja jest najfajniejsza. Z miliona powodów oczywiście:) No, przynajmniej z kilku... Przede wszystkim jest najlepsza do smyrania mnie po brzuszku. Smyranie po brzuszku to to, co domowe pieski lubią najbardziej:) W tej pozycji ciężko też założyć mi smycz, więc mam niezły sposób na unikanie spacerków w ciągu dnia. Jak dla mnie, spacer rano i wieczorem w zupełności wystarczy... W ciągu dnia jest za głośno... No i, gdy wyciągnę łapki do góry, to Pan nijak nie może wziąć mnie na rączki, bo zawsze uda mi się w tej pozycji wywinąć. Chyba nie lubię, gdy mnie biorą na rączki. A może lubię? Sama nie wiem...

O! To zdjęcie jest fajne. Pan robił. Na balkonie. Cieplutko wtedy było. Ale nie tak, jak jeszcze w lecie, upalnie. Teraz, jak świeciło słoneczko. Było baaardzo przyjemnie. Tylko dlaczego te małe łobuziaki ciągle biegają pod balkonami i wrzeszczą? Mnie też się wtedy zdarza zaszczekać, a nie podoba się to Pańci i goni mnie do domku. Chyba muszę zaakceptować te dzieci. Szczególnie, że biega z nimi Mały M.

A ten uśmiech jest dla wszystkich:) Przede wszystkim dla tych, którzy twierdzą, że roześmiany ze mnie pies:) Jak ktoś się dokładnie przyjrzy, to zobaczy porozrzucane śmieci. Śpieszę donieść, że to moja "robota". Bo najlepszą zabawą jest... rozwalanie, rozszarpywanie, rozrzucanie rolek po papierze toaletowym i ręczniczkach kuchennych:) Uwielbiam to...

czwartek, 24 maja 2012

Sroczka

Teraz tak na mnie wołają:) Albo złodziejka-kradziejka:) Oczywiście ze śmiechem. I jest wtedy masę frajdy. Bo ja uwielbiam podkradać różne rzeczy, przenoszę je na swoje posłanko (znaczy na to, co z niego zostało), a potem zaczepiam i pokazuję, i wtedy mówią "Baaaaśkaaaa, sroko ty jedna, wiesz, że nie wolno...". Zabierają moją zdobycz, odkładają gdzieś wysoko myśląc, że jest poza moim zasięgiem i wracają do swoich zajęć. A ja się wtedy kładę i obserwuję. Czekam, aż te sprawy, zajęcia, czynności z powrotem ich pochłoną (bo to przecież widać gołym okiem, jak odrywają się wtedy od rzeczywistości) i biegnę szukać kolejnej zdobyczy. To wcale nie jest trudne. Zawsze, pewnie nieświadomie, mi to ułatwiają.
Najwięcej ciekawych rzeczy jest w pokoju Małego M. Mały M. bardzo często nie zamyka swojego pokoju, więc tam wpadam, porywam zabawkę, a najlepiej misia Grzesia, i uciekam. Wtedy Mały M. wydaje taki super pisk, woła "Maaa-maaaa!!!" i zaczyna mnie gonić. Na to wbiega Pańcia, mówi "chodź no tu, sroko jedna", zabiera miśka, grozi palcem i... się uśmiecha:) No to wnioskuję, że nie robię nic złego...
Gorzej, gdy zwinę skarpetki (najłatwiej je znaleźć)... Tak fajnie się je drze, że nie mogę się powstrzymać. I tak w drobny mak poszło już kilkanaście par, w szczególności Małego M. Nie moja wina, że je wszędzie zostawia:)
A najgorzej, gdy dorwę czyjeś buty. Wtedy i Pan, i Pańcia już nie są tak szczęśliwi i mili. Wtedy, jak tylko odbiorą mi tę zdobycz, to i po nosie dostanę. Ostatnio, wstyd się przyznać, zniszczyłam buty Małego M. Nawet nie zauważyłam, kiedy się rozpadły... Oj, Pańcia to nawet wtedy na mnie warczała... Swoją drogą, całkiem dobrze jej to wychodziło;)

niedziela, 15 kwietnia 2012

Strach ma wielkie oczy...

Minęło sporo czasu... Było lepiej i gorzej. Smutniej i weselej. Z problemami i bez... Było... i nadal jest... Życie toczy się dalej, a mój strach jest coraz większy... Uwielbiam swój domek, Pańcię, Pana i Małego M. Jestem z Nimi przeszczęśliwa i mam nadzieję, że Oni ze mną też:)
Niestety mieszka z nami jeszcze mój Wielki Strach przed wychodzeniem z Domku.
Państwo próbowali wielu sposobów i zostało im wynoszenie mnie na rękach... Boję się przekroczyć próg Domku, wyjść na klatkę schodową, zejść po schodach, wyściubić nos na dwór, wysunąć jedną łapę, drugą, trzecią i czwartą... Tam jest tyle dźwięków, które mnie przerażają, paraliżują, powodują, że mam ochotę zrobić się malutka i schować w jakąś szparę tak, żeby mnie nie znaleźli, nie zapięli smyczy, nie wyciągnęli na spacer... Te wielkie, warczące autobusy słyszę już z odległości kilkuset metrów. Są przerażające!!! Każdy czterokołowy pojazd, który odpala silnik, jest jak silne uderzenie w głowę. A te wszystkie maszyny, których ludzie używają do budowy czy remontów wydają z siebie dźwięki najstraszniejsze na świecie. I jak tu się nie bać? Do tego jeszcze odkurzacz, mop, miotła... Brrrrrrrr.......
Strach przed obcymi za to trochę zmalał. Jestem też spokojniejsza, gdy przychodzą goście, no i gdy spotykamy kogoś na klatce schodowej.
Tak bardzo chciałabym przestać się bać...

sobota, 28 stycznia 2012

Zima, zima, zima...

Pada, pada, śnieg... No, w zasadzie to padał... Teraz zmroziło... Ale chyba uważam, że zima jest piękna. A najpiękniej jest wcisnąć nos w taki świeżutki śnieżek i niuchać, niuchać, niuchać. Albo gdy Pańcia ma ze sobą smakołyki, woła "szukaj, szukaj" i rozrzuca te smakołyki w tym śniegu. Wtedy jest zabawa:) I nie liczy się nic poza tymi zapachami, które wyłapuje nochal. No i jaką frajdę daje znalezienie i zjedzenie każdego z tych smaczków:)
Choć dzisiaj już wiem, że poza wieloma dobrymi stronami, zima ma też te gorsze... Jest zimno i zbyt długie przyleganie zadkiem do ziemi może się na przykład skończyć... zapaleniem pęcherza:( Tak, tak, mnie się przytrafiło. Była wizyta u weterynarza i zastrzyki. Oj, dzięki przezorności Pańci, która założyła mi kaganiec, pani weterynarz wyszła z tego bez szwanku. Ale to było w obronie... I ze strachu... I zostało wybaczone:) A teraz faszerują mnie jakimiś wstrętnymi tabletkami (fuj), a jak skończę kurację, to znowu pewnie będą kazali siusiać do kubeczka... Ciekawe po co?
No i chyba w związku z tą zimą, zmieniam futerko. Wszędzie latają kudełki, kręcą się pod każdymi drzwiami i zalegają w każdym kąciku. W ilościach zatrważających (tak przynajmniej mówią Pan i Pani). Więc o czystej podłodze nie ma mowy, bo nawet dwukrotne odkurzanie w ciągu jednego dnia niewiele pomaga... Aż dziw, że jeszcze nie jestem łysa... No i że mam jeszcze legowisko w domku, a nie na balkonie. Bo czasem mam wrażenie, że tam zamieszkam... Szczególnie wtedy, gdy Pańcia po raz kolejny wyciąga moje włosy z kanapki albo z herbaty...

sobota, 7 stycznia 2012

Co ma wspólnego...

jajko, Mały M. i sznurek? Totalne szaleństwo:)


Począwszy od jajka, które Pańcia pięknie chowa w rolce po kuchennych ręczniczkach. Najpierw trzeba tę rolkę znaleźć, potem przenieść w bezpieczne miejsce, czyli najlepiej na posłanko. Następnie trzeba się do niej odpowiednio dobrać, czyli trzymać w łapach, albo łapami dociskać do ziemi, zębami szarpać na wszystkie strony, a jęzorkiem próbować wypchać jajko z rolki. Po kilku minutach należy się przykładnie cieszyć ze zdobytej nagrody i na koniec... skonsumować ze smakiem:)



Poprzez Małego M., czyli takiego mini człowieczka, który fajnie piszczy i podskakuje, gdy się Go podgryza. Ponoć nie wolno mi tego robić, ale czasem nie mogę się powstrzymać;) Czasem nawet dostaję za to po uszach, ale tak naprawdę wszyscy wiemy, że ja się tylko tak bawię, że nie chcę Małemu M. zrobić krzywdy, choć nie zawsze wychodzi tak, jak chcę, czyli bezboleśnie... No bo czasem zapominam, że to jednak człowiek, a nie pies...

No i sznurek. Chyba jedna z najlepszych zabawek na świecie. A jak się przy tym zwierzę zmęczy... Że ho ho!!! Chociaż ja to taka dziwna trochę jestem, bo jak się zmęczę, to się nakręcam i mam jeszcze większą ochotę na szaleństwo. I do tego regeneruję się ekspresowo. I czasem jest tak, że Pańcia pada ze zmęczenia, Pan pada ze zmęczenia, nawet niezmordowany Mały M. pada ze zmęczenia, a ja bym mogła i chciała jeszcze, i jeszcze, i jeszcze, i jeszcze...

Sznurek jest fajny, bo można go rozsznurować na wiele małych sznureczków i szarpać każdy po kolei. No i jak ma węzeł, to jak się go rozsznuruje, to się robi taaaaaki dłuuuuugi.... I można nim wtedy fajnie podrzucać:) Trzeba złapać w zęby jeden koniec i szybko zarzucać pyskiem w prawo i w lewo, i wtedy on tak podskakuje, szarpie się i lata. Tylko dlaczego wszyscy chowają wtedy głowy i krzyczą:                                                                    "uważaj na telewizor"?!


No i co, nikt już się ze mną nie chce dziś bawić?

wtorek, 3 stycznia 2012

Szkolenia część druga

I chyba to już tak na poważnie... To znaczy Anatol, Pan Szalonego Labradora - Grzesia, pomaga Pańci i Panu zapanować nad moimi strachami, lękami, szaleństwem... Gdy przyszedł za pierwszym razem, już od progu próbowałam Mu pokazać, że to mój teren i będę szczekać i straszyć, żeby obronić. Ale On wyglądał i zachowywał się tak, jakby mnie tam w ogóle nie było!!! A przecież szczekałam tak strasznie głośno... W zasadzie obszczekiwałam Go prawie cały czas, jak tylko się ruszył, a On nie zwracał na mnie wtedy uwagi... I w końcu odpuściłam, bo przecież miał przy sobie masę smakołyków. Kto by wtedy nie odpuścił? Za to Pańcia była zestresowana bardziej ode mnie. I dowiedziała się, że musi się odstresować... Przynajmniej nie jestem z tym sama...
Potem przyszedł drugi raz. Nadal szczekałam, ale krócej i w końcu przestałam zwracać uwagę na to, że chodzi po pokoju... Niesamowite, co te smakołyki potrafią zrobić z psem... Tym razem pogadał trochę z Panią i Panem, a potem... poszliśmy na spacer:) Z Grzesiem:) To był fajny spacer, bo to Grześ skutecznie rozpraszał moje lęki no i nie dał mi skupić się na stresujących odgłosach ulicy:) Nawet Pańcia mnie puściła i poszalałam z Grzesiem, jak rzadko...
Drugi spacer, ostatnio, był już bez Grzesia, bo Anatol tłumaczył Pańci wiele rzeczy dotyczących moich zachowań i pomagał wybrnąć z trudnych sytuacji lękowych. No i pokazał, jak uczyć mnie najbardziej podstawowych rzeczy, które są ponoć niezbędne do wyprostowania mojego zestresowanego charakteru...
Więc na razie walczymy ze strachem i szaleństwami, a i tak najbardziej cieszą mnie zabawy, których nas nauczył:)

Temat przemaglowany, czyli drugi pies

Oj, maglowali to Państwo i maglowali. A wyglądało to tak...
PAN twierdził, że nie można mnie skazywać na wielogodzinne, samotne przebywanie w domu. Szczególnie, że wcześniej była też Sonia, a teraz na całe dnie zostawiają mnie samą. Więc pewnie mi smutno, pewnie tęsknię, pewnie się nudzę, pewnie zaraz zacznę niszczyć meble...
Co to, to nie. Mnie tak jest dobrze. Mam przecież zabawki, a poza tym śpię. Lubię spać. Uwielbiam spać. Cały czas śpię. Jest cicho i spokojnie, więc od momentu, gdy udało mi się w domku odstresować i uspokoić, i mój sen jest głęboki, jestem szczęśliwa, gdy śpię. Absolutnie się nie nudzę, może trochę tęsknię, ale smutno mi nie jest i niszczyć nic nie zamierzam. Dobrze jest, jak jest.
PANI, mimo głośnego sprzeciwu wobec twierdzeń Pana, non stop siedzi na stronach Psitula i przygląda się tym smutnym mordkom, wczytuje się w ich losy i nie może się nadziwić, jak można wziąć do domu pieska i oddać go po kilku dniach, bo ten wyje i niszczy, gdy zostaje sam, czy też dlatego, że nową panią przeraża spojrzenie czworonoga. To nie widziała jego oczu, gdy brała go do domu?!
Na szczęście stanęło na tym, że ja na razie wystarczę. Całkowicie. Sprawiam wystarczająco dużo kłopotów (spacerki, goście) i obecnie trzeba popracować nade mną (i ze mną). Może kiedyś? Teraz to nawet ja nie chcę, bo nie wyobrażam sobie, jak miałabym się dzielić Panią i Panem? Są moi, są dla mnie i koniec... Na teraz koniec. Temat przemaglowany, wyczerpany, zamknięty. Przynajmniej na jakiś czas...