sobota, 20 lipca 2013

Takie tam...

Żeby nie było, coś ponadrabiam...
Niewiele się u mnie zmieniło, jeśli chodzi o ulubione zabawki... Piłeczki i ukochany sznurek :) Przede wszystkim - sznurek.
Ale nie taki kolorowy ze sklepu zoologicznego, który po pierwszym szarpnięciu uległby rozpadowi na części pierwsze. Taki porządny, gruby, ze sklepu budowlanego:) Pan kiedyś kupił, jak robił drabinkę Małemu M. do wspinanania się na łóżko. I kawałek mu został. Więc zrobił pentlę, porządny węzeł i mi sprezentował. I ja tak teraz uwielbiam przegryzać ten sznurek, ciamkać, mlaskać, ślinić...
Więc w zasadzie mam go cały czas przy sobie, taszczę go wszędzie tam, gdzie zamierzam się położyć, odreagowuję na nim wszystkie stresy... I czasem zachęcam Pana lub Pańcię do zabawy machając nim na wszystkie strony z taką siłą, że potrafię strącić coś ze stołu, wepchnąć go do talerza czy nabić wielkiego siniaka... Ciekawe dlaczego zawsze wtedy wszyscy mnie przeganiają???

Testują oczywiście na mnie wszelkie dziwne urządzenia. To znaczy, sprawdzają moją reakcję na różne dziwne urządzenia. Na przykład: wiertarka. Postawili i czekali, co zrobię. Obwąchałam, oblizałam, olałam... Ale wolałam ją mieć cały czas na oku, tak na wszelki wypadek, bo to przecież nigdy nie wiadomo, co nagle psa zaatakuje... Był też wentylator. Niestety, zdjęcie nie wyszło. No ale on przerażał mnie trochę bardziej i trochę dłużej niż wiertarka. Ale w końcu się przyzwyczaiłam. Przy takich upałach położyć się w zasięgu obrotów takiego wentylatora - bezcenne:)
Jest jeszcze jedno urządzenie, Pan przynosi je z pracy. To jakiś miernik, nie wiem, nie znam się, ale najważniejsze - ma laser!!! Czerwone światełko, punkcik, kropeczka, która skacze po podłodze, ścianach, meblach, suficie, a ja ganiam za nią jak głupia. Nie myślę wtedy o niczym innym, całkowicie skupiam się na tej uciekającej kropeczce, której nie można złapać:) Ale ile frajdy w próbowaniu:) A ile razy z rozpędu rozpłaszczyłam na ścianie nos:) Co najmniej kilkadziesiąt:)
Myślę, że to właśnie ta kropeczka uratowała moje zestresowane serducho w Sylwestra. Gdy tylko wybiła północ i wystrzeliły pierwsze fajerwerki (Boże, ten odgłos jest straszny, a ja się ich panicznie boję), Pan zrobił "pik" i już nic więcej przez pół godziny się dla mnie nie liczyło. Trzeba było złapać kropeczkę! Tak się na tym skupiłam, że żadne wystrzały nie były mi już straszne. Miałam cel:) I w miarę bezstresowo weszłam w ten Nowy Rok:)
A teraz tylko czekam, aż Pan znowu przyniesie laserek do domku:)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz